Epidemia dziecięcego
strachu
Cofnijcie się w czasie
i spróbujcie sobie przypomnieć wczesne dzieciństwo. Cztery, pięć, może sześć
lat w dorobku i pojedyncze sceny, przebłyski. Jakiś kolor, smak, dźwięk. Czasem
gorsze, czasem lepsze chwile. W bardzo nielicznych
przepadkach są to wspomnienia generowane bezpośrednio przez wojnę.
Znamy historie
przekazywane w rodzinie, wiemy, że ktoś, gdzieś zginął, ktoś był na
przymusowych robotach, nie miał okazji poznać ojca, patrzył na śmierć matki. A
może wiemy tylko, że mieliśmy w rodzinie prababcię, pradziadka, którzy o swoich
działaniach na wojnie nie mówili prawie wcale, czy to przez wyćwiczony wojną
nawyk dyskrecji, czy też po prostu ze strachu. Zatrzymajmy na chwilę obrazy z
tych opowieści. Ile razy żałowaliśmy, że o tym, co działo się w czasie wojny z
naszymi rodzinami nikt nie napisał i nikt, jeśli się nie postaramy nie będzie
pamiętał?
"To jest problem... Co lepiej- wspominać czy zapomnieć? Może lepiej nic nie mówić? Zapominałem przez wiele lat..." [1]
Świat, jaki znamy jest
otwarty, kosmopolityczny, w zasadzie stopniowo niweluje wszystkie granice,
walczy ze strachem. W naszym świecie nie ma wojen. To tylko obrazy z
przeszłości, albo tam u "arabów". Ta cywilizacja nie pozwoli na
kolejną taką wojnę...
Nie wiem jak Wam, ale
mi to ostatnie zdanie przypomina głosy pojawiające się po I wojnie światowej.
Ludziom w głowie nie mieściła się powtórka, a przyszła i była jeszcze
straszniejsza. Więcej. W różnych częściach świata powtórki ciągle mają miejsce. Nie ma dnia, żeby gdzieś na
świecie nie trwała wojna... Czy przeglądając rano maila i profil na FB myślimy
o tym? Prawdopodobnie nie. To całkiem normalne. Są jednak takie książki na
rynku, które wybijają nas ze strefy komfortu. Każą przystanąć i zrobić choćby
najmniejszą rzecz, żeby nienawiści na świecie było mniej. Byle tylko jej poziom
nie doprowadził do kolejnej tragedii na podobną skalę.
Kiedy werdyktem
Akademii Sztokholmskiej Nobla w dziedzinie
literatury po raz pierwszy dostała reportażystka świat z lekka oszalał. Nie
jestem wielkim znawcą i nie będę strzelać sobie w kolano mówiąc, że za tą
decyzją stały powody polityczne. Może tak było. Dla mnie, jako czytelnika liczą
się dwie rzeczy:
- Wreszcie wysunięto reportaż na pierwszy plan. Zapewne jest to "bum" ograniczony czasowo, ale nie da się ukryć, że teraz więcej osób sięgnie po książki pani Swetłany Aleksijewicz, a potem także innych i zapozna się z literaturą, po którą w tak zwanym "beznoblu", w życiu by nie sięgnął.
- Sama odważyłam się sięgnąć po twórczość tej pani. Lubię reportaż, ale znam siebie i wiem, że po książkach tego typu muszę odchorować. Reglamentuję je sobie zatem. Szczególnie te, o których wiem, że nie starają się nawet w najmniejszym stopniu głaskać rzeczywistości. Takie są książki Aleksijewicz.
Zastanawiam się co
powiedzieć Wam o książce " Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos
dziecięcy". O spoilery nie musicie się martwić, bo w zasadzie nie da się
ich zrobić w takim stopniu, by zepsuć
lekturę. Napstrzenie recenzji cytatami opisującymi czyjeś cierpienie też raczej
nie zachęci.
Od początku. Co
zrobiła Aleksijewicz pracując nad tą
książką? Ano objeździła przede wszystkim Białoruś (bo relacje są głównie
stamtąd) i namówiła te osoby, które w latach 1941- 1945 były małymi dziećmi,
aby opowiedziały urywki wspomnień z tamtego czasu. Każde wspomnienie to
odrębna część książki, inne imię, inny obecnie wykonywany zawód. W tym sensie
są one solowe. Od siebie dodam, że także surowe i niepozbawione tragizmu w
wydaniu dziecięcym, mimo, że wspominają dorośli. Lekarze dziennikarze,
inżynierowie, kierowcy, dla których wydarzenia wojny nie miały za dużo
wspólnego z ustrojem, zmianami politycznymi. W centrum dziecięcych wspomnień
znajduje się utrata domu, rodzica, kolor, czy solniczka. Dopuszczenie do siebie
świadomości śmierci, zmiany, a nade wszystko niepewność i strach.
Są to historie nagle
zaczęte i nagle skończone, a to, że dane dziecko przeżyło, jest teraz dorosłe nic nie mówi o tym jak i czy w ogóle pogodziło
się z rolą świadka. Sposób w jaki bohaterowie dzielą się wspomnieniami zdradza nieufność
i dystans. Niektórzy cieszą się, że zostali wreszcie zapytani, a inni wręcz
przeciwnie.
"Po co ja to pani opowiadam? Teraz dla nie to jest jeszcze straszniejsze niż wtedy. Dlatego nigdy nie wspominam..."[2]
To na co szczególnie
warto zwrócić uwagę to pozycja autorki względem snutych wspomnień. Swietłana
Aleksijewicz nie dodaje od siebie ani słowa komentarza. Nie opowiada o własnych
odczuciach względem bohaterów. Nie
przybliża kontekstu, nie ocenia w sposób jawny. Swoją pracę wykonała zbierając
i układając kolejność tekstów. Czytelnik, który chwyta do ręki jej książkę wie,
że to Aleksijewicz go prowadzi dzięki jej nazwisku na okładce oraz temu, że
bohaterowie(jednocześnie także narratorzy) zwracają się bezpośrednio do niej.
Myślę, że taki zabieg był najlepszym możliwym rozwiązaniem biorąc pod uwagę
ciężar emocjonalny tego co czytamy.
Jest to pierwsza
książka tej autorki jaką czytam, ale na pewno nie ostatnia. Najwyższy poziom reportażu,
który jeśli się z nim zapoznać tłumaczy
Nobla lepiej niż każdy inny argument.
Za polskie wydania
Noblistki odpowiada Wydawnictwo Czarne, a to już teraz marka sama w sobie i po
prostu solidna robota. Zarówno od strony tłumaczeń, jak i edycji.
Czy warto chwycić tę książkę?
Zdecydowanie. Nie należy do łatwych lektur, szczególnie kiedy uświadomić sobie,
że wszystko, co zawiera zdarzyło się naprawdę. To niby tylko 230 stron, ale trzeba się przygotować na
emocjonalną przeprawę przez mrok. Nie umiem tego inaczej nazwać.
Podziwiam
Swietłanę Aleksijewicz i jeśli kiedyś będę mieć okazję - podziękuję. Świadkowie
wojny umierają, ale ich świadectwa, dzięki pracy ludzi takich jak ona ,
przetrwają. Może dzięki temu czyjaś ręka cofnie się zanim uderzy.
"Zrozumiałyśmy,
od razu to poczułyśmy, że jesteśmy ostatnie. Z tamtej linii... Z tamtego brzegu... Jesteśmy ostatnimi
świadkami. Nasz czas się kończy.
Powinnyśmy mówić... Pomyślałyśmy, że nasze słowa będą ostatnie..."[3]
Pozdrawiam
Ania- Księganna
Pozdrawiam
Ania- Księganna
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz