poniedziałek, 31 października 2016

Nowości książkowe: SIERPIEŃ - PAŹDZIERNIK


Nowości na półkach nie było od lipca. Walczyłam ze sobą i dziś, pod koniec października,  prezentuję  Wam  listę podobną objętościowo do uprzednich, obejmujących tylko jeden miesiąc. Zwycięstwo! 
 

Na półkach „zamieszkały”:

    Andromedy Romano – Lax  Hiszpański smyczek ( Nasza Księgarnia, Warszawa 2010);









     
    Vikasa Swarupa  Slumdog. Milioner z  ulicy (Amber, Warszawa 2014)











    Małgorzaty Hrycaj Pod baldachimem krwawnika (Wydawnictwo SIGNO, Kraków 2016);  













    Ewy Ornackiej i Piotra Pytlakowskiego Wojny kobiet ( Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2015);









     

    Elżbiety Cherezińskiej  Legion (Zysk i S-ka, Poznań 2013);






     




    Elżbiety Cherezińskiej Królowa (Zysk i S-ka, Poznań 2016); 





    J. K. Rowling Harry Potter i Komnata Tajemnic (Media Rodzina, Poznań 2016);     









     

     Beaty Ostrowickiej Świat do góry nogami, (Ossolineum, Wrocław 2002); 






     




    Jerzego Gąssowskiego Mitologia Celtów (Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1979);








     
    Remigiusza Mroza  W cieniu prawa (Czwarta Strona, Poznań 2016); 











    Remigiusza Mroza Behawiorysta (FILIA, Poznań 2016);












    Brandona Sandersona Elantris (MAG, Warszawa 2016).












    Mam nadzieję, że wszystkie książki,  jakie przez ten  czas zasiliły Wasze zbiory, spełniły pokładane w nich nadzieje czytelnicze. Zapraszam do komentarzy jeśli chcielibyście porozmawiać o którejkolwiek książce z listy.


    Pozdrawiam

    Ania- Księganna

    piątek, 28 października 2016

    Remigiusz Mróz: W cieniu prawa



    Mroźna gwarancja jakości

    Już przy pierwszym moim spotkaniu z prozą Remigiusza Mroza- Kasacji, o której pisałam, jeszcze zanim założyłam bloga w krótkiej opinii na  lubimy czytać, w pełni zrozumiałam zachwyt z jakim spotkały się te książki. Akcja jest wartka, a bohaterowie nigdy nie przypominają deski charakterologicznej.   Doszło do tego, że przeczytawszy dwie książki ( posiadając solidne postanowienie nadrobienia reszty), które autor napisał- polecam go w ciemno. Jeszcze nikt nie zgłosił zażalenia więc będę to robić dalej.


    W cieniu prawa kupiłam z wyrzutów sumienia względem innych pozaczynanych i nieskończonych serii. Co więcej nie spodziewałam się po tej książce efektu WOW, bo wcześniej słyszałam opinie, że jest  najgorsza w dorobku autora.  Tu warto podkreślić, że „ najgorsza” u Mroza znaczy i tak lepsza niż ok. 80% z tego, co  się ostatnio czytało. Po prostu  w porównaniu z  kasacją miało być blado. I tu pierwsze zaskoczenie. Nie było. Ba! Powiem teraz coś, co pewnie wielu uzna za herezję: Dla mnie  W cieniu prawa  stoi z Kasacją na równi, a czasem nawet ją przewyższa.  Książki te jednak różnią się od siebie, stąd pewnie odmienne wrażenia. Ale od początku.


    Erik Landecki zostaje przyjęty na czyścibuta w austriackim dworku. Jest rok 1909, a   główny bohater myśli, że wreszcie udało mu się ustatkować. Życie dotąd go nie rozpieszczało,   a ciągnąca się za nim  wątpliwa reputacja już zdążyła napsuć mu krwi. Co jednak może być  niebezpiecznego w posadzie jaką objął? Przecież i tak nikt się z nim nie liczy.  Sytuacja  komplikuje się kiedy już pierwszej nicy po tym, jak Erik przybywa na dworek, dochodzi do zabójstwa. Ginie dziedzic. Landecki – Polak z pochodzenia staje się podejrzanym z automatu. Co więcej, prawie nikt nie staje w jego obronie.

    Popatrzył  na okno i przekonał się, że nie jest zamknięte. Zapewne służący palili przy nim, nie mogąc kopcić w pokojach. Nie było wysoko, mógłby bezpiecznie wydostać się na gzyms i z pewnością znalazłby jakąś drogę na dół. Później popędziłby w siną dal. Przy odrobinie szczęścia ni gdyby go nie odnaleźli.

    Gorzej byłoby, gdyby tej odrobiny szczęścia zabrakło. Nikt nie potrzebowałby żadnych dowodów, zostałby szybko osądzony i skazany. Nie, gra  była niewarta świeczki.[1]

    Myślicie, że zdradziłam za dużo z fabuły? Bez strachu. Nie ma tu spoilerów.  Akcja zakręca,  zmienia bieg, ciągle zaskakując. Ostatecznie autor bawi się wszelkimi podejrzeniami jakie moglibyśmy mieć podczas czytania. Całość wyszła tak przyjemna w odbiorze, że aż mnie skręca. Nie mogę  się wyżyć na rozwoju  wypadków,  by jednocześnie nie zepsuć  przyjemności z czytania ale jedno powiem- po książkę naprawdę warto sięgnąć.    Idealna do zabrania w miejsce, w którym chcecie czytać, a wiecie, że będziecie mieć niewiele czasu. Istnieje możliwość, że zarwiecie  noc, ale to przecież całkiem normalne przy dobrych książkach.

    Mój przyjaciel mówi w takich sytuacjach „ był czas przywyknąć”. Dobrych książek się po prostu nie odkłada.


    Recenzja tej książki nie byłaby pełnia gdybym nie  wspomniała o jednej postaci pobocznej: Grögerze. Jak ja go polubiłam! Mało jest postaci, które jednocześnie potrafią zdenerwować i przekonać do siebie czytelnika- jemu się udało.  Przemknęło mi nawet przez myśl, że książka oparta na jego życiorysie byłaby ciekawym eksperymentem. Przeczytałabym. Już po tym co miałam na kartach „ W cieniu prawa” się dowiedzieć  nie wątpię, że książkę czytałoby się równie dobrze.


    Bardzo podoba mi się jak nakreślone zostały w tek książce różnice klasowe, stereotypy, uprzedzenia, a nade wszystko pozycja jaką daje majątek. Dodam może jeszcze, o ile, że dla mnie książki zahaczające o historię, także w kwestii hierarchii społecznej, zawsze będą specjalnie warte uwagi. Wydaje mi się, że oprócz radochy, jaką można czerpać z czytania tak dobrze skonstruowanej fikcyjnej fabuły, mają drugą zaletę. Zaciekawiają historią w sposób przyjemny i w odróżnieniu od szkoły, bezbolesny. Czytelnik być może zechce obraz w pełni fikcyjny  z tym co faktycznie miało miejsce.


    Jeśli jeszcze nie udało mi się przekonać, że po W cieniu prawa  warto sięgnąć napiszę jeszcze jedno. Kiedy pakowałam się na grandę okazało się, że nie dam rady zabrać obu, które mam na półkach. Wolałam mieć podpisane W cieniu prawa. Na Kasację przyjdzie pora jak nadrobię trzy tomy serii o Chyłce, w które  muszę się wyposażyć, co zrobię zapewne przy pierwszych z brzegu większych zakupach.  Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z twórczością Remigiusza Mroza i zastanawiacie się o co to całe zamieszanie po prostu zacznijcie czytać.  Nie czytacie  Polaków zrażeni klasykami? Myślę, że dużo tracicie.


    Macie ochotę porozmawiać o tej książce ze spoilerami w tle? Zapraszam na maila, lub FB. Wszystkie opinie pozbawione spoilerów przyjmę w komentarzach.


    Pozdrawiam i dziękuję za rosnące wyświetlenia

    Ania - Księganna






    [1] R. Mróz, W cieniu prawa, Czwarta Strona, Poznań 2016, s. 29.

    poniedziałek, 24 października 2016

    Katarzyna Berenika Miszczuk : Szeptucha



    Jedenaste: To się wcale nie musiało tak skończyć.

    Przyzwyczajeni do obrazu historii, jaką znamy ze szkoły, często zapominamy, że Mieszko mógł wypiąć się na nową wiarę i dbać o wierzenia słowiańskie, w których się urodził i został wychowany. Że mu się chrzest opłacał – jasne, że ostatecznie cieszę się z tego chrztu, skoro sama wierzę też jakoś łatwo wymyślić. Po trzecie, że jest wiele osób, którym to w zasadzie nie robi różnicy, bo ani Bóg, ani Mieszko nie zechcieli płacić za nich podatków- też oczywiste. Polacy mają jednak do  historii narodu dość specyficzny stosunek. Mogą się nie zgadzać  niektórymi decyzjami, a przy obiedzie stać się najlepszymi strategami II wojny światowej. To wszystko prawda.  Nie zmienia to faktu, że na jedno wszyscy mają  uczulenie. Nie znosimy przekłamań historii.

    Jak Katarzyna Berenika Miszczuk ze swoją  Szeptuchą”, czyli książką, w której do chrztu z 966 nigdy nie dochodzi  dokonała cudu i nie strzeliła sobie w pisarskie kolano? Odrobiła zadanie domowe. Stworzyła świat współczesny, z tym samym poziomem wiary pozornej, zachowawczej, zmieszanej z ciągłym narzekaniem i szukaniem dziury w całym.    Gdyby nie myk z uniknięciem chrztu i „realnymi” bogami, których, jeśli tylko sami tego zechcą człowiek może spotkać, powieść przedstawiałaby faktyczny stan społeczeństwa.

    Pamiętacie książkę Przemka Kossakowskiego, którą recenzowałam na blogu jakiś czas temu? Szeptuchy, wieszczki, czarodziejki nawet w  naszym oświeconym społeczeństwie mają pełne ręce roboty. Nie potrzebuję do tego książek i relacji  z drugiego końca Polski, czy nawet świata. Jestem ze wsi i wiem, że  nie trzeba długo szukać, żeby znaleźć osobę, która będzie uważała, że „ niedzielnemu Bogu” przyda się pomoc.  Właśnie z tą świadomością, już w dniu premiery wiedziałam, że będę chciała sięgnąć po „ Szeptuchę”.

    Na kartach powieści śledzimy losy Gosi, czy raczej Gosławy, która na praktyki do szept uchy jedzie aby móc wykonywać zawód lekarza. Nie wierzy w skuteczność działań wiejskiej znachorki i stara się do wszystkiego podchodzić racjonalnie. Jest bohaterką, którą łatwo  polubić, której chce się życzyć jak najlepiej.  Jeśli dodać do tego naprawdę dobrze nabudowany klimat powieści, żarty sytuacyjne i styl sprzyjający błyskawicznemu pochłonięciu książki nie ma innej możliwości – książka jest warta sięgnięcia i co więcej czekania na dalszy rozwój wypadków w przyszłych tomach.  Sama się zresztą zaliczam do niecierpliwie oczekujących.

    Co warte podkreślenia autorka połączyła lekką powieść o młodej kobiecie z  ciekawie nakreśloną mitologią słowiańską. Wąpierze, rusałki, utopce  i wiele innych stworzeń, których obecność stanowi ciekawe wypełnienie świata przedstawionego. Nie wspominając już o bogach, którzy  mają wiele ludzkich cech i sprawiają, że ostatecznie nie wiadomo komu warto ufać , ani jak to się wszystko rozwinie i zakończy

    Zachwycamy się często powieściami fantasy zza granicy, mówiąc, że światy tam przedstawione  są nowatorskie, ciekawe i warte poznania. Myślę, że Szeptucha może z większością z nich konkurować. Nie jest to może wybitna literatura i na pewno wśród czytelników zdarzą się osoby, które  zdenerwują się z powodu  niektórych postaci czy wątków. Myślę jednak, że naprawdę warto sięgnąć i spróbować. Miła odmiana czytać coś z własnego mitologicznego podwórka, nawet jeśli momentami ociera się to niebezpiecznie o romans.  Liczę, że rozwinięcie z kolejnych tomów pokaże  tę historię głębiej, a fabuła nie raz zaskoczy, na co niewątpliwie ma zadatki.

    Pozdrawiam,
    Ania - Księganna

    poniedziałek, 3 października 2016

    Trzy dni Grandzenia: GRANDA Poznański Festiwal Kryminału [23- 25 września 2016]




    Od dawna śledzę wszystkie większe festiwale książkowe, które odbywają się w naszym kraju. Myślę, że to one pokazują faktyczny stan czytelnictwa, któremu, na szczęście, daleko do tragedii. Czytamy, ale zdecydowanie wolimy sami wybierać tematykę książek jednocześnie z kanonu lektur szkolnych robiąc zło wcielone. Wymądrzam się Przymus zawsze powodował w Polakach uczulenie. Nie tylko w kwestii czytania. Stąd właśnie zadanie, jakie festiwale pokroju Grandy spełniają idealnie: pokazują, że czytane jest modne i warte poświęconego czasu. Są też okazją do spotkania na żywo innych czytelniczych maniaków, a także zdobycia autografów i rozmowy z ulubionymi autorami.

    Te i wiele innych plusów, o których postaram się napisać poniżej, a przede wszystkim założenie bloga skończyły się spakowaniem walizki i ruszeniem do Poznania. 



    Dzień I: Przepraszam! Którędy na Grandę?


    Kto choć raz trafił do mało znanego sobie miasta wie, że nawet z mapą w ręku  przychodzi moment, w którym trzeba pytać o drogę przechodniów. I tu zaczynają się schody. „ Pójdzie pani w lewo, potem skręci w prawo, znajdzie biały kościół i Nową Gazownię.” Piętnaście minut kluczenia i zero pozytywów. Kolejne dwie osoby: „ Okłamano panią, trzeba się cofnąć, skręcić w prawo potem znów w prawo i będą szklane drzwi”. Mieszkańcy na hasło: Nowa Gazownia skierowali mnie do poznańskiej siedziby PGNiG (skądinąd słusznej urody budynek i faktycznie ma szklane drzwi). Podaruję wam opisy kolejnych „ złotych rad” powiem tylko, że na Grandę trafiliśmy po godzinie zwiedzania miasta.  Z solidnym planem wypytania organizatorów jak się stamtąd wydostać. Ostatecznie okazało się – dzięki radom pana Żabki, że cała trasa tempem ślimaczo - spacerowym może nam zająć kwadrans. Kryzys zażegnany.




    Trafiliśmy na początek Zabójczych tożsamości czyli spotkania z Gają Grzegorzewską, Joanna Jodełką i Piotrem Bojarskim. Autorzy opowiadali zarówno o doborze miejsca akcji dla swoich powieści jak również niepowtarzalnej okazji by wyżyć się literacko na tych aspektach współczesnej architektury, których nie są w stanie zaakceptować (np. nowy budynek dworca w Poznaniu, stopień zabetonowania Krakowa).  Zastanawiano się także czy  dla dobra powieści należy lubić swoje ofiary i żałować ich śmierci. Piotr Bojarski zwrócił , odpowiadając, uwagę na to, że ofiara to często pretekst do pokazania w powieści zaplanowanych elementów relacji. Ostatecznie nie liczy się, że ktoś zginął a raczej cały kontekst, jaki można z ich śmiercią powiązać. Wszystko zależy od podejścia do powieści. Ze względu na wspomnianą możliwość wyżycia się w powieści żadne nie przyznało się do stosowania autocenzury. Wyznają raczej zasadę, że pisanie to okazja do odkrycia tej bardziej mrocznej strony charakteru pisarza. Nie ma to jednak przełożenia na  kłótnie z redaktorami. Najczęściej praca z  nimi polega na kompromisie. Co warto podkreślić kompromis nie zawsze polega  na wycinaniu określonych, słabszych, fragmentów powieści, a czasem raczej, z  czego śmiała się Joanna Jodełka( słysząca notorycznie, że pisze za mało), dopisywaniu treści.

    Zapytani o to czy czytają siebie wzajemnie odpowiadają, że robią to czasem, ale nie ukrywają, że znając czyjś warsztat od kuchni już na starcie pozbawiają się przyjemności z czytania bo łatwiej jest im wynaleźć zabiegi zapętlające fabułę.


    Ciekawy kontrast do tego spotkania stworzyło następne, czyli Gdy życie przerasta fikcję, na którym uczestnicy mieli okazję posłuchać rozmowy z Przemysławem Semczukiem, Michałem Larkiem i Krzysztofem Kaźmierczakiem. Wszyscy  ci panowie oparli swoje książki o wydarzenia, które realnie miały miejsce oraz bohaterów realnie istniejących. Spotkanie rozpoczęło się od próby stworzenia fikcyjnej opowieści kryminalnej, współtworzonej z widownią „na gorąco” ( był to zresztą motyw początkowy wielu spotkań tegorocznej Grandy) nie mniej pełna humoru rozmowa szybko przeszła na wydane przez autorów publikacje. Michał Larek stwierdził, że doświadczenie zdobyte już przy pracy na dokumentacji dalekiej przecież od fikcji tworzonej tylko w głowie autora  utrudnia mu udział w takich spontanicznych akcjach. Rozmowa w tym gronie pokazała, że literatura z nurtu w jakim tworzą nie musi skupiać się na zagadce, bo czytelnik najczęściej już sięgając po książkę wie,  kto , przynajmniej w majestacie prawa, okaże się winny. Trudność polega na tym, by mimo  tej wiedzy czytelnik czuł się zaintrygowany i chciał doczytać książkę do końca. Przy odpowiedniej konstrukcji da się przecież przez cała fabułę utrzymać go w niepewności. Ważnym dla wiarygodności powieści na faktach jest udanie się we wszystkie miejsca, które wiążą się z opisywanymi wydarzeniami. Trzeba sprawdzić czy  zebrane „ na sucho” dane maja pokrycie w rzeczywistości. Dlaczego? Zdaniem Przemysława Semczuka  dość częstą wadą ostatecznych raportów policji są uproszczenia w zakresie motywów i wątków. Jeśli sprawdzi się samemu jest wielka szansa, że książka nie będzie zawierała błędów. Twórca  podejmujący się opisywania faktów musi się pięć razy zastanowić co i jak napisać. Po pierwsze dlatego, by nie zaszkodzić sobie i swojej rodzinie. Po drugie powinien mieć świadomość, że w Polsce żyją ludzie, których opisywana sprawa może dotyczyć lub realnie dotyczy. Najważniejszą konkluzją całej rozmowy jest moim zdaniem dość prosta  myśl: Z góry załóż, że czytelnik myśli i jest inteligentny. Możesz prezentować mu elementy, które ostatecznie sam podda ocenie.


    Następne w programie były dwa wykłady z ograniczeniem wiekowym + 18 :

    - Seks, zazdrość i zdrada: Michała Pozdała,

    - Mordy rytualne: Mikołaja Kołyszko.

     Widownia początkowo dziwiła się ograniczeniom i o ile pierwszy wykład, pełen żartów i anegdot nie zapowiadał cięższych klimatów, o tyle ostatecznie prezentacja Mikołaja Kołyszko i materiały jakie przyniósł nie pozostawiły złudzeń.  Kilka osób odwracało momentami oczy od ekranu widząc drastyczne sceny. Co do jednego po tym  nie mam wątpliwości: mordy rytualne to obecnie wcale nie zamierzchła przeszłość. Warto mieć tego świadomość.




     Dzień II : „A imię jego 3:48”  i polska odmiana mafii.

    Drugi dzień zaczęło spotkanie, pod szumnym tytułem Granda ze sztuką. Zaskakujące fałszerstwa i zuchwałe kradzieże,  które można by streścić w  zdaniu : Kup pan obraz. Prowadzący czyli Mira Skrudlik i Paweł  Napierała pokazywali jak łatwo i przekonywująco dokonać fałszerstwa w celach zarobkowych. Co więcej można to zrobić mając w posiadaniu wyłącznie najprostsze narzędzia oraz elementarny talent artystyczny. W przerwach pomiędzy praktycznymi pokazami snuli oni opowieść o  potrzebie  jaką ma każdy człowiek tj. potrzebie posiadania czegoś cennego.  Mowa tu także o przedmiotach, które de facto cenne nie są, ale ogół uzna je za takie, czyli fałszerstwa, Co ciekawe podstawą dobrego fałszerstwa wcale nie jest idealne skopiowanie przedmiotu. U podstaw udanej sprzedaży  leży odpowiednio nabudowana historia wejścia w posiadanie eksponatu ( wojna, podarek, wyratowanie z pożaru etc.).


    Po krótkiej przerwie Anna Misztak – naczelna portalu Lubimy Czytać  spotkała się z Joanną Opiat – Bojarską i Katarzyną  Puzyńską, by zadać im pytania zebrane wśród użytkowników. W ten sposób dowiedziemy się np., że zdaniem pań nie ma gorszego pytania jakie można zadać autorowi ponad: co panią inspiruje? Ponadto nawet w powieściach kryminalnych autor nawet wbrew woli zawiera cząstki swojego charakteru, widoczne dla uważnych czytelników, a głównym zadaniem pisarza jest  sprawić by czytelnik uwierzył w prawdziwość opowiadanej historii. Dlatego często zdarza się tak że pisarz lubi swój „czarny charakter”, próbuje zmierzyć się z trudnościami, które kładzie pod nogi opisywanym postaciom (przynajmniej w stopniu, który jest możliwy do realizacji). Wszystko w celu osiągnięcia maksymalnej wiarygodności. Wiąże się to z wielkim nakładem pracy, dlatego życie z pisarzem nie należy do łatwych i trzeba mieć w sobie dużo cierpliwości, a autor musi znaleźć odskocznię np. w postaci uprawianego sportu. Utworzony w ten sposób dystans pozwala autorowi zrozumieć, że wydana powieść nie należy już tylko do niego ale także do grupy czytelników, którzy sięgają po książkę.


     Na kolejnym, przewidzianym programem spotkaniu Ewa Ornacka i Piotr Pytlakowski starali się opowiedzieć o polskiej mafii. Skupili się przy tym na bohaterkach swoich książek i zebranych informacjach jakimi mogli podzielić się z widownią. Opowiedzieli także o warsztacie swojej pracy napomykając o niebezpieczeństwie oraz frustracjach, kiedy ktoś próbuje ich oszukać, lub świetny materiał nie może zostać umieszczony w ostatecznej wersji publikacji. W pracy redaktora zdarzają się bowiem momenty, kiedy ze względu na bezpieczeństwo własne lub rodziny lepiej dokonać ostrej selekcji tego, c ostatecznie  ukaże się drukiem. Najlepszą, jak dla mnie, recenzją tego spotkania jest fakt, że w jego trakcie wyszłam na chwilę żeby kupić jedną z  ich książek ( zdążyłam już ja przeczytać- niedługo recenzja).


    Najśmieszniejszym  punktem soboty okazała się niezwykle żywa rozmowa Mariusza Czubaja z Markiem Krajewskim, obfitująca w żarty sytuacyjne i sporo ironii. Marek Krajewski przyznał się do swojego skrajnego pedantyzmu, a kiedy podawał jego przykłady cała sala omal nie płakała ze śmiechu. Dowiedzieliśmy się np. że pan  Marek jest obsesyjnym wyznawcą aplikacji na telefon pełniącej rolę minutnika, która to pozwala mu kontrolować swój proces twórczy. W efekcie tego pisarz spędza na pracy dziennie 3 godziny 48 minut i ani minuty mniej/ więcej .Humoru dodawał fakt, że panowie  zupełnie różnią się podejściem do pisania a mimo to mają za sobą wspólnie tworzone książki, które szczególnie dla mnie( nie czytałam ich jeszcze), po udziale w spotkaniu, wydają się być dziełem szaleńczego połączenia i co za tym idzie z miejsca zlądowały  na listę obowiązków zakupowych.


    Następna w kolejce była gala premier i nowości, na której  zaanonsowano jedenaście nowych publikacji na kryminalnym rynku księgarskim. Spotkanie z wszystkimi autorami poprowadziła Anna Misztak.  Co warte podkreślenia  dokładnie było widać  dla kogo czerwony dywan i kolorowe światełka, to sytuacja nowa, a kto już się z tym oswoił. Nie mniej jednak sytuacja szybko straciła na pompatyczności głównie za sprawą żartów Mariusza Czubaja, który momentalnie rozładował sytuację i ułatwił debiutantom pobyt na scenie.


    Po prezentacji nowości przyszła pora  na Zbrodnię w odcinkach, czyli dyskusję prowadzoną przez Gaję Grzegorzewską, Remigiusza Mroza, i Krzysztofa Kopkę o ich ulubionych serialach. Później pojawiały się głosy, że widownia liczyła na dyskusję o serialowej  wersji serii z Joanną Chyłką, jednak zaistniała sytuacja dała wielbicielom kryminału wiele do myślenia i niejeden z nich wychodził ze spotkania z listą tytułów, które koniecznie będzie nadrabiał.


    Ostatnim, zaplanowanym  na sobotę wykładem było wystąpienie dra Bogdana Lacha: Procesy emocjonalne towarzyszące dokonywaniu zbrodni (18+). Szczerze powiedziawszy przez całą sobotę doczekać się tego nie mogłam. Po pierwsze ze względu na nazwisko wykładowcy, który jest znanym proflierem, a po drugie na ciekawą tematykę. Nie byłam zresztą sama, bo ludzi na wykład zeszło się bardzo dużo. I tu następuje żałobna muzyka: nie dałam rady. Musiałam wyjść. I to wcale nie dlatego, że drastyczność tematu mnie odrzuciła. Dr Lach, przy całej, niekwestionowanej wiedzy jaka posiada wyłożył się na jej przekazywaniu. Było nudno, prezentacja oparta na literaturze, masa wykresów, które  były nieczytelne i namnażały się w zastraszającym tempie bez widoków na szybką konkluzję były ponad moje siły. Temat super – przedstawienie do bani. Musze oddać sprawiedliwość panu doktorowi, osoby które wytrwały następnego dnia, opowiadały, że po fazie teoria i wykres rozkręcił się i było już ciekawie. Tego jednak już nie zweryfikuję. Być może to moja wina, że nie dałam rady.


    Dzień III: Front Cherezińska, czyli Królowa jest  tylko jedna!


    Niedziela rozpoczęła się wielkim BUM! Spotkaniem z Katarzyną Bondą. Każdy, kto choć trochę ogarnia rynek księgarki w Polsce musiał natknąć się na to nazwisko. Nie miałam jeszcze okazji czytać nic z dorobku pisarki i niespecjalnie śledzę jej karierę. Okazało się jednak, że jest wesołą, otwartą na czytelników osobą . Chętnie odpowiadała na pytania, współczuła fanom, że muszą jeszcze czekać na premierę kolejnego tomu, a także bardzo dbała by nawiązać bliską relację z widownią. Autorka robiła wszystko żeby nie zgodzić się z prowadzącą- Justyną Zimną- próbującą przekonać, że Bonda zasługuje na tytuł królowej polskiego kryminału, a także pochwały, jakie otrzymuje od czytelników. 
     
    Justyna Zimna w rozmowie z Katarzyną Bondą
    Oczywiście nie dało się uniknąć tematów z kręgu warsztatu twórcy. Najważniejszym zdaniem jakie warto przytoczyć jest myśl, że każda książka napisana jest lepsza niż najlepsza z tych, które utkwiły w momencie pisania. Piszący to rzemieślnik, który musi planować działanie i zbierać doświadczenia, wiedzę, materiał, z którego da się stworzyć zajmującą fabułę. Pisanie, wbrew temu co myślą niektórzy jest formą literackiego ekshibicjonizmu, czyli nie jest najłatwiejszym zawodem świata. Widownia nie chciała wypuścić pisarki z sali, a kolejka po autograf była jedną z najdłuższych w przeciągu całego festiwalu.



    Tak doszliśmy do momentu relacji, w którym zajmiemy się spotkaniem  dla którego wielu pojawiło się na Grandzie.  Wiem robiłam mały wywiadzik w temacie. Mowa oczywiście o spotkaniu z Elżbietą Cherezińską.

    Elżbieta Cherezińska i archeolog Marta Sierant

    Wiem, że osoby, które już kilkakrotnie zaglądały na bloga są bliskie zdiagnozowania mi obsesji względem tej pani, ale nie przeszkadza mi to zbytnio Zresztą na Grandzie zawiązała się nowa „ organizacja” zwana roboczo Frontem Cherezińska Głównym i jedynym z jej zadaniem jest czytanie powieści tej autorki i namawianie do tego niezdecydowanych (przyjmujemy członków). Spotkanie- jak zawsze w przypadku tej pisarki było okazją do  posłuchania  co dzieje się gdy o historii opowiadają pasjonaci. Nie ma w tym nic z poprawności względem dat, i czytania  szkolnych podręczników. Tylko czyste zainteresowanie. Słuchacze wychodzą później z  myślami pokroju: Kurczę! My to mamy historię. Trzeba to doczytać! Warto to podkreślić, aby nie mylić powieści historycznych z literaturą naukową. Oba są ze sobą powiązane, ale ostatecznie mają całkiem inne zadania. Pisarz musi wiedzieć mieć podstawę w postaci wiedzy teoretycznej, ale jednocześnie włożyć tytaniczną pracę w ukrycie granic między fikcją a faktami. Kolejka  po autografy? Dłuuuga! Wystrzeliłam w nią jak przysłowiowy „ Filip z konopi” a i tak stałam tam około czterdzieści minut. Pocieszające, ze za mną też byli ludzie.
    Kolejno: Elżbieta  Cherezińska, Piotr zwany Wodzem i ja

     Na oko Cherezińska pobiła autografowy rekord tej edycji festiwalu. Mimo poważnego spóźnienia na kolejne spotkanie ( As wywiadu w teorii i praktyce) nie żałuję.

    Spotkanie, o którym mowa prawdopodobnie wielu osobom  zburzyło obraz pracy wywiadu, jaki budują na podstawie filmów, czasem książek czy seriali.  Szczególnie w pamięci zapadło mi pytanie z widowni dotyczące dylematów moralnych jakie mogą wiązać się z tym zawodem. Odpowiedź była prosta. Ich nie ma. Dlaczego?  Gdyby  agent wywiadu miał się długo zastanawiać nad konsekwencjami niektórych swoich decyzji naraziłby życie tych, których zobowiązany jest chronić. Wpisane w zawód ryzyko narażenia cywilów trzeba po prostu przyjąć.

    Sporym przeskokiem klimatycznym było przedostatnie spotkanie na Grandzie, które w założeniu miało być rozmową Adama Podlewskiego z Ryszardem Ćwirlejem i Marcinem Wrońskim, a  finalnie było zbieraniną żartów dwóch autorów, których wzajemną przyjaźń było widać jak na dłoni. Prowadzący widząc wytworzoną atmosferę ograniczył się do kilku wtrąceń, pozwalając autorom na „wolną amerykankę”.

    Ostatnim wydarzeniem Festiwalu było spotkanie z Joanną Opiat- Bojarską, Remigiuszem Morozem i Anną Kielber, które obfitowało w rady dla ludzi chcących rozpocząć swoją przygodę z pisaniem i wydawaniem.  Pokazało, że co pisarz to obyczaj.  Nie ulega jednak wątpliwości, że jeśli ktoś wierzy w swoja opowieść i faktycznie chce ją  napisać i wydać przy odpowiednim nastawieniu i gotowości do pracy przy korekcie ma wielkie szanse na spełnienie marzenia. Nie mylić z poglądem, jakoby było to łatwe. Zdecydowanie nie jest.

      
    A na koniec: Kiedy kolejna edycja?


    Chyba nietrudna było się domyślić, że to napiszę: GRANDA 2016 była nawet lepsza niż spodziewałam się, że będzie. Organizacja  i obsługa? Wzorowe. Wszyscy chętni do udzielania odpowiedzi, a zaproszeni autorzy otwarci na każdego, kto tylko zechciał podejść i porozmawiać. Ciekawą pamiątką z  Festiwalu są pocztówki z podobiznami  niektórych bohaterów omawianych powieści.
    Pełna kolekcja okolicznościowych pocztówek

     Była to niespodzianka zarówno dla autorów, jak i  odwiedzających wydarzenie. 
    Od festiwalu minął  dopiero tydzień, a ja już czekam na kolejną edycję. Po prostu. Mam nadzieję, że udało mi się przekonać niezdecydowanych, że warto.

    Pozdrawiam i  dziękuję wszystkim, których udało mi sie spotkać na Festiwalu 

    Ania- Księganna