poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Janusz L. Wiśniewski : Bikini

O tym, jak świt wstaje pomimo końca  świata.


Powieści z kręgu inspirowanych II wojną światową jest wiele. Wydarzenia spomiędzy lat 1939- 1945 odbiły się szerokim echem nie tylko w Polsce i wpłynęły na późniejsze losy wielu. Rozbite rodziny, masowe mordy, zaginięcia do dziś wywołują w ludziach stan, jaki trudno określić. Jest przecież  sporo pytań, które na zawsze pozostaną bez odpowiedzi i to bez względu na starania historyków.

Przywykliśmy, szczególnie w Polsce do pewnego schematycznego myślenia o ofiarach wojny, które to myślenie ma solidne motywy. Rzadko zdarza się nam czytać powieści osadzone w realiach II wojny światowej, które w roli bohatera, bądź ofiary stawiają Niemców. Podświadomość i pewne wzorce myślowe, każą nam, niejako z automatu, przypomnieć sobie, że to przecież Niemcy wybrali Hitlera, to oni jemu zaufali i to oni  w rezultacie dopuścili do wywołania wojny. Oczywiście w powyższym jest wiele prawdy. Musimy sobie jednak przypomnieć, że nawet w Niemczech byli ludzie niegodzący się z polityką NSDAP. "Solidną robotę" w przypominaniu tego faktu  wykonał Markus Zusak, pisząc Złodziejkę książek. Odbiła się szerokim echem w społeczności czytelników i podbiła wiele serc. W zasadzie trudno nawet opisać jej fenomen, choć oczywiście nie uniknęła też sporego grona antyfanów, co widać chociażby po opiniach na LC.  Złodziejka niedługo zresztą pojawi się na blogu i wtedy napiszę o niej więcej.

Dziś czas na powieść o podobnym wydźwięku napisaną przez Polaka. Nie da się ukryć, że to niezwykle ryzykowne posunięcie, ale  bez wątpienia opłacalne. Można powiedzieć nawet, że zwróciło się z nawiązką. Poświęćmy chwilę Bikini Janusza Leona Wiśniewskiego.

Jeśli ktoś, tak jak ja wcześniej, kojarzy autora tylko z S@motnością w Sieci i spodziewa się podobnych klimatów może się przeliczyć. Bikini jest znacznie bardziej rozbudowana, a przeplatające się wątki ociekają szczegółami z każdej strony. Powieść wymaga od czytelnika o wiele więcej uwagi, ale równocześnie dużo więcej mu oferuje.

Unikając spoilerów mogę powiedzieć tyle:

Akcja rozpoczyna się wczesnym rankiem 14 lutego 1945 roku w Dreźnie, w którym zbudzona z płytkiego snu Anna Marta Bleibtreu próbuje zmierzyć się z myślą, że co prawda żyje, ale Drezno, jakie znała dotąd przeszło do historii- zwyczajnie nie istnieje. Obraz miasta, przez nią opisywany jest niezwykle plastyczny i czytelnik chodzi razem z nią ulicami bez ulic. Anna- zapalony 22 letni fotograf- w niewielkiej walizeczce, jaką sobie spakowała, uratowała aparat i teraz odliczając pieczołowicie miejsce na kliszy fotografuje kataklizm. Razem z nią próbujemy zrozumieć, jak to możliwe, że w przeciągu jednej nocy z domu pełnego szczęśliwych wspomnień zostaje tylko deska, a człowiek ostentacyjnie wzbrania się przed poznaniem nowych imion, byle tylko nigdy więcej nie cierpieć po stracie.

"Nie mam papierosów. Nie palę, odkąd wybuchła wojna. Nie chciałem popadać w zbyt dużo uzależnień. Wystarczy mi, że piję. Poza tym nie mamy także bułek na śniadanie. Dzisiaj piekarniana na rogu wyjątkowo nie była otwarta. To głównie przez to, że nie ma rogu..."

 J. L. Wiśniewski: Bikini, s.74


Autor  nie ma skrupułów. W zwrotnym dla Anny momencie, przerywa jej historię i  na scenę wprowadzony zostaje Stanley Bredford- redaktor New York Times'a, człowiek niestroniący od używek i kobiet, który zostaje wysłany "na wojnę" z zadaniem  przedostania się do Drezna i zrobienia zdjęć.
Czy Annie i Stanleyowi uda się spotkać? Co to w zasadzie jest tytułowe Bikini i  jaką rolę odegra? Tego oczywiście nie zdradzę.
Powieść Wiśniewskiego to historia relacji. Przede wszystkim rodzinnych, ale również więzi łączących przyjaciół. Postaci tworzone przez autora łatwo rozróżnić, a ich zachowanie jest mocno podparte w przypisanym charakterze. Nietrudno się z nimi zżyć, wspólnie z nimi płakać, wspominać. Odkrywać, że świat po różnych kataklizmach i często wbrew logice trwa dalej.
Serdecznie polecam nawet tym czytelnikom, którzy zazwyczaj omijają taką  tematykę. Wojna jest sporą częścią fabuły, ale mimo to jej nie dominuje. Poprzez wspomniane już plastyczne opisy, rozsiane po książce fotografie oraz styl pisania, zaprezentowany w tej książce- skupiający się na odczuwaniu, doświadczaniu, dotyku, czytelnik nie jest w stanie odłożyć książki, nawet, jeśli początkowo miał trudności z jej szczegółowością.
Przy okazji wspomnę o wersji audio tej książki. Czytający ją Rafał Królikowski stworzył niesamowity klimat. Właśnie w tej wersji pierwszy raz spotkałam się z tą książką i w połowie ponad szesnastu godzin nagrania poleciałam do księgarni.

Poniżej link do fragmentu:

 

W mojej opinii to jedna z lepszych polskich książek, szkoda więc, że tak mało znana, choć wydana w 2009 roku. Tych, którzy już przeczytali zapraszam  do dyskusji w komentarzach, a pozostałym doradzam sięgnąć. Chciałoby się napisać: satysfakcja gwarantowana, ale to trochę nie na miejscu, zważywszy na tematykę. Jedno jest pewne. Historia na długo zostaje z czytelnikiem i jest władna zmienić jego spojrzenie na otaczający go świat.

Pozdrawiam
Ania- Księganna 

sobota, 2 kwietnia 2016

Niebo dla dłoni: Wieczór poetycki A. Chalasz i E. Henka [03 marca 2016]




Pisanie wierszy to ciągle jeszcze zajęcie, do którego nie umiem się przyznawać. Chociaż powinnam powiedzieć inaczej. Lubię w sobie to, że piszę. Problematyczne są dla mnie dopiero sytuacje wymagające ode mnie wychodzenia przed moje teksty. To one mają wejść w interakcje z odbiorcą na tyle by zapaść mu w pamięć.

Stół chwały, czyli zachęta do czytania poezji


Kiedy pojawiła się propozycja zorganizowania wieczoru z moją poezją, spanikowałam.  Jak dotąd miałam kilka spotkań z młodzieżą podczas których rozmawialiśmy  zarówno o pisaniu, jak i innych hobby. Zawsze starałam się aby był to czas pokazania dzieciom, że każda pasja, jaką w sobie odkryją jest warta rozwoju. Chyba nawet trafiałam do nich mniej lub bardziej, bo mój profil na FB zaczęły zalewać prośby o ocenę wierszy i opowiadań  tworzonych przez młodych twórców. Teraz jednak mowa była nie o spotkaniu, do którego jakoś tam się przekonałam, a raczej o wieczorze z tzw. "prawdziwego zdarzenia". Z widownią, lektorami, oprawą muzyczną.  Poziom paniki opadł  zaraz na początku planowania całego wydarzenia, kiedy przekonałam się, jak wielką dowolność dostaję od Gimnazjum im. Ziemi Nadnoteckiej i Organizatorek.  Od momentu, w którym  okazało się że wieczorek będę dzielić z p. Edwardem Henka, czytaj: nie będę sama na świeczniku, wizja wieczorku zaczęła mi się bardzo podobać.


 

Wieczorek zaplanowany na 3 marca 2016 na godz. 17:00 zaczął się recytacją mojego ulubionego wiersza: 670 autorstwa  Emily Dickinson w tłumaczeniu S. Barańczaka.



670

Nie trzeba być Komnatą — aby w nas straszyło —
Lub nawiedzonym Domem -
Nie ma Wnętrz straszniejszych niż Mózgu,
Korytarze kryjome —

Ileż bezpieczniej — o Północy
Ujrzeć Upiora przed sobą
Niż spojrzeć w twarz własnym — wewnętrznym —
Pustkom i Chłodom.

Prościej gnać przez widmowe Opactwo,
Gdy hurgot Głazów nas goni —
Niż stanąć z sobą do walki -
Bez Broni —

Własne Ja — gdy się zaczai
Za Samym Sobą —
Przerazi bardziej niż Morderca
W pokoju obok.

Ciało — wyciąga Rewolwer —
Drzwi ryglują trzęsące się ręce —
Przeoczając potężniejsze Widmo —

Lub nawet Więcej —

Anna Chalasz





Edward Henka

Zarówno ja, jak i p. Henka dostaliśmy następnie chwilę na opowiedzenie o sobie, by przejść do najważniejszego tj. odczytu wierszy, które dla pogłębienia dialogu między "bohaterami wieczoru" odczytywano naprzemiennie. Nie jestem obiektywna co do jakości odczytów, bo słyszenie  interpretacji własnych prac jest dla mnie wydarzeniem nie do opisania. Młodzież na pewno przyłożyła się do zadania, swoimi wystąpieniami budując niesamowitą atmosferę.

Podczas przerwy przy kawie i cieście nawiązało się kilka ciekawych rozmów, a uczennice zadały mi kilka pytań w ramach szkolnego projektu. Serdeczny odbiór pozwolił mi zapomnieć, że jestem w centrum zainteresowania.
Widownia

Po przerwie powróciły wiersze, odczytywane przy zapadającym zmroku.  w ramach niespodzianki dla słuchaczy odczytano również dwa wiersze Marcina Panuś, które spotkały się z bardzo ciepłym przyjęciem. Na koniec odczytów  zorganizowano mała zagadką dla uważnych słuchaczy.  Odczytano dwa wiersze i poproszono widownię o wskazanie autorów. Widownia jednogłośnie i poprawnie rozgraniczyła style.
Prawie na sam koniec o głos poprosił p. Henka,  który odczytał jeszcze dwa swoje wiersze i próbował zachęcić widownię do wspólnej interpretacji.
Gimnazjaliści czytający wiersze


Wszystko wskazuje  na to, że to nie ostatnie spotkanie tego typu, organizowane przez wspomniane Gimnazjum.  Będę trzymać rękę na pulsie i relacjonować.
Co warto podkreślić to próba  pokazania, że w małych społecznościach również są ludzie posiadający pasję, których dobrze jest promować nie tylko ze względu na ich osiągnięcia. Jak już podkreśliłam nie uważam bowiem by moje teksty były specjalne, wyjątkowe. Akcje tego typu pokazują osobom niepewnym siebie, że na  drodze do realizacji marzeń, planów, pasji stoi tylko jedno: przeświadczenie osoby, że nie warto, bo się nie uda. Jeśli znajdzie w sobie siłę by to przełamać - może wszystko.

Pozdrawiam
Ania- Księganna