sobota, 18 czerwca 2016

Marina i Siergiej Diaczenko: Rytuał



Urodzeni do wolności


Jest jeden aspekt książek zawierających wątek miłosny, którego nie mogę wytrzymać: nagłe zakochanie typu Armagedon. O czym mówię? Spotyka się dwoje bohaterów, którzy ileś lat żyli w określony sposób i moment spotkania, to równocześnie moment początku tygodniowej fascynacji. Po tym tygodniu  następuje  zwrot akcji i obie strony mają pewność, że połączyła ich wielka, nierdzewna miłość. Ewentualnie, o ile autorowi chce się pisać ( a często się nie chce), jakieś trzy miesiące boją się sobie o tym BIG LOVE powiedzieć. Zapominają jacy byli przed tym dniem, bagatelizują zainteresowania, bo teraz są zakochani. Wyższe stadium odczłowieczenia. Żeby była jasność:  bardzo lubię wątki romansowe, ale muszą być poprowadzone z głową. Kiedy takie znajduję zaczytuję się z radością, a książkę polecam na prawo i lewo. Nietrudno się domyślić, że o takiej książce opowiem dzisiaj.


Historia domaga się jednak uzupełnienia. Zazwyczaj, jeśli tylko o tym wiem, staram się książkę przeczytać zanim obejrzę jej filmową wersję. Nie chodzi o jakieś  żale, że film jest gorszy (bo zazwyczaj jest), ale o to, że nie lubię odbierać sobie przyjemności, jaką czerpię z wymyślania jak wygląda to, o czym czytam. Wyjątki stanowią te filmy, o których nie wiem, że mają swój książkowy odpowiednik i napisy końcowe mnie zaskakują. Najczęściej wtedy w trybie turbo zamawiam książkę i wbrew wszystkim, wcześniejszym planom zakupowym oczekuję przesyłki.


Tak właśnie trafił do mnie Rytuał Mariny i Siergieja Diaczenko. Właściwie jest to zbiór czterech opowiadań (przynajmniej w wydaniu polskim zaproponowanym przez Wydawnictwo Solaris), jednak Tytułowy Rytuał zajmuje większość publikacji i na dobrą sprawę można go traktować jako osobną, niezależną opowieść. O nim opowiem najszerzej, bo właśnie ono uznałam za jedno z najlepszych opowiadań jakie czytałam w życiu. Tak- mam świadomość jak to brzmi.


Arm- Ann jest smokiem. W dodatku ostatnim, jaki żyje w zamku. Za towarzyszy swojego życia ma wyłącznie samotność, echo własnych kroków i lustro, przez które może podglądać co robią ludzie. Jednak to nie samotność doskwiera mu najbardziej.  Najgorsza jest spuścizna rodu, której nie potrafi unieść i wspomnienia utwierdzające go w przekonaniu, że ponosi winę za ten tragiczny koniec. Po prostu nie wystarcza.

Skąd wie liść na drzewie, kiedy wyrwać się z pąka? Kiedy odwrócić się do słońca, zmienić kolor? Upaść pod nogi ludziom? Czy ostatni liść nie jest przedłużeniem gałązki, nie jest przedłużeniem konaru, nie jest przedłużeniem pnia; czy ostatni listek nie jest posłańcem korzeni, które nie każdy może zobaczyć?[1]

Smok z krwi i kości, porządny smok, jest żywiony przez krew. Nie byle jaką - księżniczek. Może się upijać, może jadać do lustra, może mieć wspomnienia, wszystko może. Rytuał zaś to nie możliwość, to jego obowiązek. Arm- Ann wie, że powinien choćby spróbować go spełnić, przez wzgląd na historię rodu. Czy zrobi to? A może uda mu się go oszukać? Albo zginie kiedy po porwaną przybędzie wybawiciel.


Juta jest jedną z  trzech księżniczek. I jest brzydka. Ten pogląd to fakt, a nie wymysł naburmuszonej dziewczyny. Kiedy nie może już znieść docinków do wyglądu planuje ucieczkę i płacze tak, aby nikt nie widział tych łez. Wie, że powinna już myśleć o wydaniu za mąż, ale przecież z taką aparycją nie może liczyć na wielką miłość. Nigdy nie pomyślałaby, że to na niej urzeczywistni się legenda o porywaniu księżniczek przez Smoki.

Jak potoczą się losy bohaterów, kiedy porwanie stanie się faktem? W kim kryje się  prawdziwy potwór? Jaka jest cena wolności? Tego wszystkiego musicie już dowiedzieć się z książki.


Domyślam się, że w głowie wielu pojawiło się ostrzeżenie : uwaga schematyczne. To jednak spora pułapka. Baśń o losach Armana i Juty jest  opisem dwóch silnych bohaterów, którzy w nowej sytuacji nie tylko poznają drugą stronę, ale przede wszystkim siebie. Chodzi bardziej o naukę kontaktowania się z drugą osobą, która ma własne poglądy, zdolności i przeszłość. Pod przykrywką fantastyki kryje się piękna historia o odwadze ukazania innym własnej osobowości i trudnościach, czy poświęceniu, jakie się z tym wiąże. 

Próbowałem pragnienie piaskiem ugasić,

I morze starałem się spalić.

Pragnąłem o tobie zapomnieć.[2]

Nie można pominąć języka, jakim napisany jest Rytuał. Bogaty w przenośnie styl poetyzowany jest jednocześnie obrazowy i przyjemny w czytaniu. Stwarza klimat i pozwala się przenieść całkowicie w świat opowieści.


Choć na tę opowieść trafiłam zupełnie przypadkiem z miejsca trafiła do moich ulubionych. Na pewno jeszcze nie raz  do niej powrócę, a nieznającym serdecznie polecam!


Jeśli chodzi o pozostałe trzy opowiadania nie jest już tak różowo.


Tron, opowiada historię Elizy. Po stracie rodziców zamyka się w sobie. Nie chce więcej tracić. Kiedy trafia na wyspę tron nie może odnaleźć się w miejscu pełnym życzliwych jej osób. Kim jest  tajemniczy i obrzydliwie bogaty Opiekun? Dlaczego wszystkie dziewczynki tak go uwielbiają, a ich ulubionym zajęciem jest gra z użyciem starych piłeczek? Odkrywanie z Elizą tajemnic wyspy jest ciekawe, a bijący z kart opowiadania niespokojny klimat są bardzo ciekawe. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że opowiadaniu trochę zabrakło i zyskało by wiele, gdyby było obszerniejsze i bardziej szczegółowe.


ZOO - najsłabsze opowiadanie zbioru, to historia metody oddziaływania na zwierzęta w taki sposób aby reagowały jak ludzie i wykazywały sie nie instynktem, ale rozumem, oceną, preferencjami. Zapowiada się ciekawie, ale z trudem przez nie przebrnęłam. Być może to po prostu coś spoza mojego gustu. Nie odradzam kategorycznie, ale też nie mogę z czystym sercem polecić.


Ostatni Don Kichot bardzo mnie zaskoczył. Zastawialiście się kiedyś, co by było gdyby w rodzinach Don Kichot i Pansa zrodziła się tradycja podążania drogą podobną do sławnych przodków? Niestety Alonso, który nawet imię dostał adekwatne nie wierzy by taka " wyprawa" miała jakikolwiek sens. Ma żonę, którą kocha i ani w głowie mu Dulcynea. Czy wyruszy, jak nakazuje tradycja? Przecież  nie jest niespełna rozumu, żeby uważać, że świat będzie chciał jego " niezastąpionej pomocy". Myślę, że warto zapoznać się z tym pomysłem na Don Kichota. Każda strona pokazuje, że szaleństwo często nie dotyka tych ludzi, po których spodziewamy sie je zobaczyć, a "życzliwi" przedsięwzięciom to czasem także ludzie z maską- dwulicowi.


Patrząc na całość publikacji nie można nie zauważyć, że Rytuał dość znacząco odbiega poziomem od pozostałych opowiadań, zostawiając je w tyle. Nie wiem  czym kierowano się łącząc je w jedną publikację, ale skoro nie mam na to wpływu po prostu przyjmuję sytuację jaką jest. Czytanie opowiadania tytułowego, jak już mówiłam bardzo polecam, a pozostałe trzy to już dobry "umilacz czasu", ale żaden wielki czytelniczy obowiązek.


Na początku wspomniałam, że Rytuał odnalazłam po obejrzeniu adaptacji. Jak wypada ona w porównaniu z książką. Po pierwsze On - Drakon to nie adaptacja, a jedynie bardzo umowna inspiracja wątki, nawet te główne zostały dość mocno zmienione, a w centrum wydarzeń staje Miroslava (Juta widać nie pasowało filmowcom na imię dla głównej bohaterki), którą niestety sprowadzono do pięknej i nie najmądrzejszej księżniczki. Rytuał odprawiają ludzie(ignorancja), a nie Smoki. Jedyna postać z jaką sie nie kłócę po przeczytaniu książki to Arm- Ann, pojęcia nie mam kto wybierał odtwórcę tej roli. W zasadzie książkę trudno odnaleźć w fabule filmu. Obejrzenie go nie zepsuje przyjemności z czytania. Myślę, że to nie najgorsza opcja na spędzenie wieczoru. Mimo, że w porównaniu z książką wypada blado, to stworzona historia jest spójna, wciąga, ma klimat i odbiega od romansów, do jakich przyzwyczaili nas filmowcy. A muzyka to coś pięknego. O ile nie będzie się widz spodziewał arcydzieła światowej kinematografii, powinien z przyjemnością obejrzeć.

Po więcej informacji o filmie zapraszam TU.

Muzyka z filmu do posłuchania TU.





Pozdrawiam

Ania- Księganna


[1] M., S. Diaczenko, Rytuał. Solaris,  Stawiguda 2008, s. 8
[2]Tamże, s.170

piątek, 17 czerwca 2016

Astrid Lindgren: Dzienniki z lat wojny 1939-1945



Cieplarnia z wojną w tle


Temat wojny ciągle wzbudza w Polsce kontrowersje. Z jednej strony nie chcemy już żyć w cieniu tamtych wydarzeń, ale z drugiej wiemy, że do naszych obowiązków należy przeciwdziałanie fałszowi i przekłamywaniu historii. Jednocześnie chcemy i nie chcemy zapomnieć. Obecnie mierzymy się z trudnością polegającą na tym, że ostatni naoczni świadkowie wojny powoli umierają. Co stanie się kiedy ich zabraknie? Nie umiemy odpowiedzieć na to pytanie, ale staramy się uwiecznić i oddać ile można i póki można. Ku przestrodze, czy z innych powodów literatura polska ciągle wzbogaca się o nowe publikacje, które mają pokaźne grono odbiorców. Nasze podejście do historii jest specyficzne i  niejednokrotnie pokazujemy nim niezbyt mądre przekonanie, że wojna we wspomnieniach powinna mieć tylko twarz rysowaną z perspektywy Polaka. Zgubne, ale wytłumaczalne i poniekąd uzasadnione, szczególnie, jeśli czyta się książki napisane w tonie Dzienników z lat wojny 1939- 1945, stworzonych przez Astrid Lindgren.
Zakładam, pewnie ze sporą dozą racji, że nikomu, kto lubi książki nie muszę tej pani przedstawiać, Dzieci z Bullerbyn, czy seria z Pipi to książki, które towarzyszyły już wielu dzieciom i przez wiele z nich zostaną pokochane. Zastanawiacie się czy ta sama autorka była w stanie opisać realia wojny w sposób wnoszący coś nowego? Myślę, że tak, ale nie są to na pewno aspekty, o których się myśli sięgając po  literaturę wojenną.
Dzienniki rozpoczynają się pierwszego dnia września, czyli równo z wojną. Astrid zastanawia się jak będzie wyglądał świat, zdaje się bowiem przeczuwać, że  na Polsce się nie skończy, W kolejnych dniach jej codzienne gromadzenie zapasów przepalają doniesienia z frontu. Tak będzie aż do końca dzienników.
Ważnym dla odbioru tej książki jest miejsce zamieszkania autorki. Szwedzi w zasadzie nie brali udziału w wojnie. O ile nie można powiedzieć, że II wojna światowa nie odbiła się  na życiu w Szwecji, o tyle utrudnienia w zasadzie nie zaburzyły codziennego życia mieszkańców. Dziennik wojenny pisany z takiej perspektywy jest raczej pewnego rodzaju komentarzem do wojny niż relacjonowaniem jakie są, bądź nie są jej realia. Sama Lindgren  zdaje sobie z tego sprawę pisząc:

I stało się dla mnie całkowicie jasne, że obecnie nie ma w Europie kraju, gdzie człowiek jest tak oddalony od skutków wojny jak tu, mimo znacznych podwyżek cen, racjonowania i zwiększonego bezrobocia. Żyjemy tu ciągle bardziej niż luksusowo, zdaniem cudzoziemców. Nasze przydziały wszelkich artykułów są, uważam, tak obfite, że człowiek właściwie byłby zrujnowany, gdyby wykupił wszystko, do czego jest uprawniony![1]

Podczas całej lektury nie do końca wiedziałam co myśleć o tej książce.  Podziwiałam, że matka wychowująca dzieci i aktywna wśród znajomych ma jeszcze chęć do tak dokładnego śledzenia przebiegu wojny. Odnoszę jednak wrażenie, że przy czających się z tyłu głowy obawach o rodzinę, bezpieczeństwo dzieci i ewentualne braki żywności  pisanie dzienników było dla Astrid Lindgren pewną formą feminizmu, pokazania, że kobieta również  może być komentatorem dziejów i chce nim być. Wyraźnie widać, że tworzenie dziennika jest oderwane od życia rodzinnego i następuje tak, aby jedno na drugie nie nachodziło.
Z czasem wzmianki o tym co dzieje się w rodzinie stają się coraz częstsze, a wyrażanie żalu, że w innych państwach nie jest choć trochę podobnie jak w Szwecji, ponieważ do Lidgren docierają informacje o masowych mordach, obozach, przymieraniu głodem, pojawia się prawie przy każdym opisie świąt, urodzin etc. Ma to, być może, pokazywać, że autorka wie o swoim (z braku lepszego słowa) uprzywilejowaniu, ale wychodzi nieszczere kiedy kilka stron później narzeka na to, że jedzenia w sumie nie brakuje, ale racjonowanie masła i kawy jest coraz bardziej uciążliwe.
Pełne współczucia przemyślenia, stają się dla Astrid pewnego rodzaju makabrycznym hobby. Wkleja do dziennika wycinki prasowe, komentuje przemówienia, stara się nawet żartować z Hitlera i Stalina. Praktycznie wszystkie nowe wydarzenia z frontu powiązane są ze stwierdzeniem filozoficznym zabarwionym żalem. Żałuje sie albo konkretnego narodu, albo ogółu.

Biedna ludzkość: kiedy czytam twoje listy, zdumiewa mnie, jak wiele chorób i nędzy, smutku, bezrobocia, braku pieniędzy i rozpaczy mieści się na tej mizernej kuli ziemskiej.[2]

Wszelkie fakty wojenne, które wskazują na działania zachowawcze i asekuracyjne względem III Rzeszy komentowane są w jeden sposób- Lindgren uważa, że po prostu nie mieli wyboru i świat powinien o tym wiedzieć.
Mam ewidentny problem z tą książką.
Jest ważna, bo pokazuje jak  może wyglądać narracja wojenna, nawet osób podczas niej żyjących, ba, mających dostęp do listów pełnych makabrycznych relacji. Po  jej przeczytaniu nie dziwi mnie ignorancja niektórych mediów, historyków, czy braki wiedzy zwykłych obywateli. Jestem to jednak w stanie dostrzec tylko dlatego, że czytałam wcześniej  książki Krall, Nałkowskiej, Kamińskiego i wielu, wielu innych (w tym także poetów). Miałam także okazję rozmawiać z osobami, które wspomnienia wojenne maja żywe do dziś. Co jednak z osobami, które tego porównania nie mają? Czego mogę dowiedzieć się z książki takiej jak ta?
Dobrze, jeżeli zainspiruje ich ona do sięgania po więcej, głębiej. Dzienniki z lat wojny to jedynie dowód, że w czasie wojny na świecie były miejsca, w których pomimo  zdawania sobie z niej sprawy prowadzono normalne życie.
Komu polecam? Fanom Astrid Lindgren na pewno. Ludziom, którzy chcą na wojnę patrzeć z różnych perspektyw. Obawiam się, że kupienie książki ze względu na tytuł może pociągnąć za sobą spore rozczarowanie. Książka bowiem nie jest tym, za co można by ją mieć, pamiętając o innych, określanych jako "wojenne". Mimo wszystko uważam ją za relatywnie dobrą, wartą poświęconego czasu.  Po pierwsze ze względu na perspektywę patrzenia, do której my Polacy jesteśmy, delikatnie mówiąc, nienawykli, a po drugie, żeby pokazać, że nawet najbardziej znane nazwisko w połączeniu ze słowem "dzienniki" nie równa się bestseller. 

Pozdrawiam
Ania- Księganna


[1] A. Lindgren, Dzienniki z lat wojny 1939- 1955, Nasza Księgarnia, Warszawa 2016, s. 67
[2]  Tamże, s. 73

niedziela, 12 czerwca 2016

WYWIADY KSIĘGANNY: SHIRIN KADER



W życiu każdego czytelnika zdarzają się książki, które zmieniają go na zawsze. Dla mnie jest to wydana w serii The Art of Storytelling (zainicjowanej przez wydawnictwo Lambook) książka " Zaklinacz słów". Po sukcesie w proszeniu o wywiad Pani Cherezińskiej zebrałam się na odwagę i napisałam także do Pani Shirin Kader. Zawsze marzyłam, że będę mieć okazję zadać jej kilka pytań i oto jest: DRUGI WYWIAD KSIĘGANNY!


Shirin Kader*
KSIĘGANNA: Bajarze w kulturze arabskiej to temat prawie nieznany dla polskiego odbiorcy. Czy było to jednym z powodów, dla których napisała Pani "Zaklinacza Słów"? 


SHIRIN KADER: Nie. Pisząc „Zaklinacza” zupełnie nie myślałam o tym, żeby przekazać polskiemu odbiorcy cokolwiek na temat orientalnych bajarzy. Opowieść układała się sama, bajarze to tylko pewien element, można powiedzieć – rekwizyt, aczkolwiek cieszę się, że przy okazji udało mi się nieco przybliżyć wschodnią sztukę bajarstwa. 


K: Po lekturze odnoszę wrażenie, że ludzie w krajach arabskich opowiadając historie zwracają uwagę na nieco inne aspekty niż dzieje się to w krajach Europy. Czy Pani, znając tamtejszą kulturę znacznie lepiej niż ja zgodzi się z tym poglądem? Jeśli tak: o jakich różnicach mogłaby Pani powiedzieć?
 

S. K.: Odnoszę wrażenie, że wszystkie baśnie świata zawierają podobne motywy. Wszędzie pojawia się walka dobra ze złem, magiczne przedmioty, trudne zadania, które trzeba wykonać. Czytając baśnie, nie szukam różnic, skupiam się na elementach łączących, bo to znacznie ciekawsze. Od zawsze interesowało mnie wzajemne przenikanie się odmiennych kultur, zapożyczenia, czerpanie pewnych wątków. Baśnie arabskie są bardzo bogate, obrazowe, rozbudowane, są opowieścią w opowieści, stąd mówi się o ich szkatułkowej budowie. Zwraca się w nich uwagę przede wszystkim na bogobojność, zasady moralne, ukazanie roli przeznaczenia w życiu każdego człowieka, pochwałę mądrości i sprytu. Czy nie są to kwestie znane również z naszych baśni rodzimych? Myślę, że tak. 


K: W centrum "Zaklinacza..." umieściła Pani oddziaływanie na ludzi za pomocą historii. Co, Pani zdaniem może dać słuchaczowi dobrze poprowadzona opowieść? 


S. K.: Może zmusić go do konfrontacji z samym sobą, do postawienia sobie pytań, na które dotąd wcale nie szukał odpowiedzi. Każdy z nas inaczej reaguje na słowa, ale to, co słyszymy, to, o czym czytamy, nie pozostaje bez echa. Chcąc nie chcąc, staramy się do tego jakoś ustosunkować i często zaczynamy wówczas zastanawiać się nad własnym życiem, przewartościowujemy wiele różnych spraw, po to, by dotrzeć do prawdy. Słowa mają moc, którą na co dzień ignorujemy. Dobrze opowiedziana historia jest w stanie przewrócić nam świat do góry nogami.


K: "Zaklinacza..."pierwszy raz czytałam zaraz po premierze. Z jego powodu sięgnęłam po inne powieści napisane na podobnych motywach. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że stałą częścią powieści osadzonych w kulturze i tradycji arabskiej jest pewien pierwiastek ( z braku lepszego słowa) magii. Czy wynika to z mentalności i przekonań ludzi tam wychowanych?


S. K.: Myślę, że na całym świecie sztuka bajarstwa chętnie odwołuje się do motywów magicznych, ponieważ przyciągają uwagę, potrafią zaciekawić, niekiedy budzą strach, dotyczą nieznanego nam, a jednocześnie pociągającego świata. Mimo, że islam, podobnie jak i chrześcijaństwo, potępia praktyki magiczne, w krajach Wschodu ludzie wciąż żyją bardzo blisko magii, do dziś chronią się przed złym okiem, wierzą w istoty nadprzyrodzone, w zjawiska nie mieszczące się w granicach pojmowania. Nie wydaje mi się jednak, żeby to miało największy wpływ. Baśnie powstały przecież wieki temu, a te motywy są nadal aktualne, wcale nie straciły na atrakcyjności. Byłabym skłonna zaryzykować stwierdzenie, że na przestrzeni setek lat, pod względem zainteresowania magią, ludzkość się raczej nie zmieniła, ciągle lubimy zaglądać w zaświaty. Wschodni bajarze potrafili to odpowiednio wykorzystać. 


K: Poprzez wydanie " Zaklinacza..." i jego sukces pokazała Pani, że o kulturze arabskiej da się mówić w sposób ciekawy i bez lęku. Czego Pani zdaniem Polacy mogliby się nauczyć gdyby przestali kierować się tylko stereotypami i sprowadzaniem wszystkiego dl strachu przed terroryzmem?

S. K.: Dopóki ktoś kieruje się stereotypami, nie nauczy się absolutnie niczego. Sam zamyka sobie drzwi przed nosem, pozbawia się możliwości poznawczych. Strach zawsze nas ogranicza, spowalnia w rozwoju. Gdyby Polacy mieli więcej okazji zetknąć się z arabską gościnnością, porozmawiać z żywym człowiekiem, zamiast oglądać wszystko na telewizyjnym ekranie, pod wieloma względami zmieniliby zdanie. Ludzie, którzy podróżują na Wschód, niezwykle rzadko wypowiadają się o nim negatywnie. Oczywiście mówiąc o podróżach, nie mam tu na myśli dwutygodniowych wakacji w egipskim czy tunezyjskim kurorcie. 


K: Jest Pani bardzo aktywna na swoim profilu na Facebook'u. Udostępnia tam Pani ciekawostki i przepiękne , barwne zdjęcia. Czy to po prostu z powodu własnej pasji, czy także po to, żeby pokazać mało znane oblicze kultury z jaką Pani potencjalni czytelnicy nie mają na co dzień do czynienia?


S. K.: To chyba duch przekory. Nie lubię przekłamań, ciasnego, jednostronnego podejścia do tematu. Chciałabym, żeby człowiek niemający żadnego kontaktu z kulturą arabską, mógł skonfrontować z czymś obraz prezentowany przez współczesne media. Próbuję zmusić go do tej konfrontacji, do zastanowienia się, czy to, co widzi na pewno jest prawdą. Staram się oswoić ten powszechny strach, który zaczyna przybierać formę zbiorowego szaleństwa.


K: Co Panią urzekło w krajach arabskich, że wraca tam Pani kiedy może i ciągle stara się poznać żyjących tam ludzi? 


S. K.: Ludzka życzliwość. Życie we wzajemnej bliskości, co czasem może drażnić, ale ma swoje dobre strony, bo zna się sąsiadów, mieszkańców swojej dzielnicy i wszyscy troszczą się o siebie nawzajem. Proste odruchy, takie jak podzielenie się z kimś posiłkiem, odniesienie zakupów do domu, reagowanie, gdy komuś dzieje się źle. Szacunek do starszych – nie ma domów opieki, samotnych starych ludzi. Największym wstydem jest nie zadbać o rodziców. Oczywiście nie da się wszystkiego opisać w kilku zdaniach, wypadałoby wspomnieć o zapachach, smakach, dźwiękach. Na Wschodzie czuję się tak, jakbym po długiej wędrówce wracała do domu.


K: Czy w Pani opinii na polskim rynku wydawniczym są książki jakie w rzetelny sposób przybliżyłyby chętnym kulturę arabską? Może kilka przykładów?


S. K.: Oczywiście, ale trzeba do nich dotrzeć. Zmorą rynku są opowieści o porwanych, zgwałconych, spalonych etc., które, bazując na skandalu i chęci podsycenia lęku, świetnie się sprzedają. Tego typu książki są wysoce szkodliwe. Czytelnicy zaczynają mylić prawdę z fikcją literacką i na tej podstawie budować w głowie nieprawdziwy obraz. Polecałabym przede wszystkim reportaże, relacje z podróży, klasykę czyli np. powieści Mahfuza


K: Myślę, że wielu Pani fanów (w tym także i ja) czeka z niecierpliwością na "Cafe Istambuł". Uchyli Pani rąbka tajemnicy?
 

S. K.: „Cafe Istanbul” to powieść wielowątkowa. W pewnej orientalnej kawiarni na warszawskiej Pradze spotykają się całkiem obcy ludzie. Każdy rozdział to historia innego bohatera. Ta książka jest wymagająca, ciężko nad nią pracuję. Nie chciałabym, żeby czytelnicy dostali do rąk coś, z czego nie mogę być zadowolona. Dlatego na razie nie mogę jeszcze mówić o dacie premiery. 


K: Księganna to blog literacki. Nie może zatem zabraknąć pytania o ulubione lektury. Co Pani poleciłaby innym czytelnikom? Co czyta najchętniej?
 

S. K.: Ostatnio więcej piszę niż czytam. Nie mam ulubionych lektur, sięgam po tę książkę, która w danym momencie przyciągnie mój wzrok. Uwielbiam Myśliwskiego, to mój literacki ideał, aczkolwiek czytelniczo też pozostaję zazwyczaj na Wschodzie. Obecnie czytam „Kamienny dom”. Może to dziwnie zabrzmi, ale nie przepadam za polecaniem innym ludziom książek, wolę kiedy książki same nas znajdują, pojawiają się w odpowiednim czasie.


K: Dziękuję serdecznie za poświęcony czas i życzę jeszcze wielu sukcesów literackich!



Nie wiem cóż więcej mogłabym dodać. Może tylko jeszcze raz podziękuję za tyle ciepła i otwartości jakie otrzymałam. Liczę, że " Cafe Istanbuł" szybko osiągnie stan zadowalający na tyle aby podzielić się nim z czytelnikami, a  pomysłów nie zabraknie.

Jeśli wśród czytelników są osoby, które wahają się czy sięgnąć po "Zaklinacza słów" zapraszam do opublikowanej dziś recenzji książki. Może ona przyczyni się do podjęcia przez Was decyzji o przeczytaniu, bo naprawdę warto(recenzja TU ).

Zapraszam na oficjalny Profil Shirin Kader na FB- TU. Znajdziecie tam wiele ciekawych informacji oraz piękne zdjęcia.



Pozdrawiam

Ania- Księganna

*Zdjęcie pochodzi z profilu Autorki na FB i jest jej własnością