Urodzeni
do wolności
Jest jeden aspekt książek
zawierających wątek miłosny, którego nie mogę wytrzymać: nagłe zakochanie typu
Armagedon. O czym mówię? Spotyka się dwoje bohaterów, którzy ileś lat żyli w
określony sposób i moment spotkania, to równocześnie moment początku tygodniowej
fascynacji. Po tym tygodniu następuje
zwrot akcji i obie strony mają pewność, że połączyła ich wielka,
nierdzewna miłość. Ewentualnie, o ile autorowi chce się pisać ( a często się
nie chce), jakieś trzy miesiące boją się sobie o tym BIG LOVE powiedzieć. Zapominają
jacy byli przed tym dniem, bagatelizują zainteresowania, bo teraz są zakochani.
Wyższe stadium odczłowieczenia. Żeby była jasność: bardzo lubię wątki romansowe, ale muszą być
poprowadzone z głową. Kiedy takie znajduję zaczytuję się z radością, a książkę
polecam na prawo i lewo. Nietrudno się domyślić, że o takiej książce opowiem
dzisiaj.
Historia domaga się jednak
uzupełnienia. Zazwyczaj, jeśli tylko o tym wiem, staram się książkę przeczytać
zanim obejrzę jej filmową wersję. Nie chodzi o jakieś żale, że film jest gorszy (bo zazwyczaj
jest), ale o to, że nie lubię odbierać
sobie przyjemności, jaką czerpię z wymyślania jak wygląda to, o czym czytam.
Wyjątki stanowią te filmy, o których nie wiem, że mają swój książkowy
odpowiednik i napisy końcowe mnie zaskakują. Najczęściej wtedy w trybie turbo
zamawiam książkę i wbrew wszystkim, wcześniejszym planom zakupowym oczekuję
przesyłki.
Tak właśnie trafił do mnie Rytuał
Mariny i Siergieja Diaczenko. Właściwie jest to zbiór czterech opowiadań
(przynajmniej w wydaniu polskim zaproponowanym przez Wydawnictwo Solaris),
jednak Tytułowy Rytuał zajmuje
większość publikacji i na dobrą sprawę można go traktować jako osobną,
niezależną opowieść. O nim opowiem najszerzej, bo właśnie ono uznałam za jedno
z najlepszych opowiadań jakie czytałam w życiu. Tak- mam świadomość jak to
brzmi.
Arm-
Ann jest smokiem. W dodatku ostatnim, jaki żyje w zamku. Za
towarzyszy swojego życia ma wyłącznie samotność, echo własnych kroków i lustro,
przez które może podglądać co robią ludzie. Jednak to nie samotność doskwiera
mu najbardziej. Najgorsza jest spuścizna
rodu, której nie potrafi unieść i wspomnienia utwierdzające go w przekonaniu,
że ponosi winę za ten tragiczny koniec. Po
prostu nie wystarcza.
Skąd wie liść na drzewie, kiedy wyrwać się z pąka? Kiedy odwrócić się do słońca, zmienić kolor? Upaść pod nogi ludziom? Czy ostatni liść nie jest przedłużeniem gałązki, nie jest przedłużeniem konaru, nie jest przedłużeniem pnia; czy ostatni listek nie jest posłańcem korzeni, które nie każdy może zobaczyć?[1]
Smok z krwi i kości, porządny
smok, jest żywiony przez krew. Nie byle jaką - księżniczek. Może się upijać,
może jadać do lustra, może mieć wspomnienia, wszystko może. Rytuał zaś to nie
możliwość, to jego obowiązek. Arm- Ann wie, że powinien choćby spróbować go
spełnić, przez wzgląd na historię rodu. Czy zrobi to? A może uda mu się go
oszukać? Albo zginie kiedy po porwaną przybędzie wybawiciel.
Juta
jest jedną z trzech księżniczek. I jest
brzydka. Ten pogląd to fakt, a nie wymysł naburmuszonej dziewczyny. Kiedy
nie może już znieść docinków do wyglądu planuje ucieczkę i płacze tak, aby nikt
nie widział tych łez. Wie, że powinna już myśleć o wydaniu za mąż, ale przecież
z taką aparycją nie może liczyć na wielką miłość. Nigdy nie pomyślałaby, że to
na niej urzeczywistni się legenda o porywaniu księżniczek przez Smoki.
Jak potoczą się losy bohaterów,
kiedy porwanie stanie się faktem? W kim kryje się prawdziwy potwór? Jaka jest cena wolności?
Tego wszystkiego musicie już dowiedzieć się z książki.
Domyślam
się, że w głowie wielu pojawiło się ostrzeżenie : uwaga schematyczne. To jednak
spora pułapka. Baśń o losach Armana i Juty jest opisem dwóch silnych bohaterów, którzy w nowej
sytuacji nie tylko poznają drugą stronę, ale przede wszystkim siebie. Chodzi
bardziej o naukę kontaktowania się z drugą osobą, która ma własne poglądy,
zdolności i przeszłość. Pod przykrywką fantastyki kryje się piękna historia o
odwadze ukazania innym własnej osobowości i trudnościach, czy poświęceniu,
jakie się z tym wiąże.
Próbowałem pragnienie piaskiem ugasić,
I morze starałem się spalić.
Pragnąłem o tobie zapomnieć.[2]
Nie można pominąć języka, jakim
napisany jest Rytuał. Bogaty w przenośnie styl poetyzowany jest jednocześnie obrazowy
i przyjemny w czytaniu. Stwarza klimat i pozwala się przenieść całkowicie w
świat opowieści.
Choć
na tę opowieść trafiłam zupełnie przypadkiem z miejsca trafiła do moich
ulubionych. Na pewno jeszcze nie raz do
niej powrócę, a nieznającym serdecznie polecam!
Jeśli chodzi o pozostałe trzy opowiadania nie jest już
tak różowo.
Tron, opowiada historię Elizy. Po
stracie rodziców zamyka się w sobie. Nie chce więcej tracić. Kiedy trafia na
wyspę tron nie może odnaleźć się w miejscu pełnym życzliwych jej osób. Kim jest
tajemniczy i obrzydliwie bogaty Opiekun?
Dlaczego wszystkie dziewczynki tak go uwielbiają, a ich ulubionym zajęciem jest
gra z użyciem starych piłeczek? Odkrywanie z Elizą tajemnic wyspy jest ciekawe,
a bijący z kart opowiadania niespokojny klimat są bardzo ciekawe. Nie mogę
jednak oprzeć się wrażeniu, że opowiadaniu trochę zabrakło i zyskało by wiele,
gdyby było obszerniejsze i bardziej szczegółowe.
ZOO - najsłabsze opowiadanie
zbioru, to historia metody oddziaływania na zwierzęta w taki sposób aby
reagowały jak ludzie i wykazywały sie nie instynktem, ale rozumem, oceną, preferencjami.
Zapowiada się ciekawie, ale z trudem przez nie przebrnęłam. Być może to po prostu
coś spoza mojego gustu. Nie odradzam kategorycznie, ale też nie mogę z czystym
sercem polecić.
Ostatni Don Kichot bardzo
mnie zaskoczył. Zastawialiście się kiedyś, co by było gdyby w rodzinach Don
Kichot i Pansa zrodziła się tradycja podążania drogą podobną do sławnych
przodków? Niestety Alonso, który nawet imię dostał adekwatne nie wierzy by taka
" wyprawa" miała jakikolwiek sens. Ma żonę, którą kocha i ani w
głowie mu Dulcynea. Czy wyruszy, jak nakazuje tradycja? Przecież nie jest niespełna rozumu, żeby uważać, że
świat będzie chciał jego " niezastąpionej pomocy". Myślę, że warto
zapoznać się z tym pomysłem na Don Kichota. Każda strona pokazuje, że
szaleństwo często nie dotyka tych ludzi, po których spodziewamy sie je zobaczyć,
a "życzliwi" przedsięwzięciom to czasem także ludzie z maską-
dwulicowi.
Patrząc na całość publikacji
nie można nie zauważyć, że Rytuał dość znacząco odbiega
poziomem od pozostałych opowiadań, zostawiając je w tyle. Nie wiem czym kierowano się łącząc je w jedną
publikację, ale skoro nie mam na to wpływu po prostu przyjmuję sytuację jaką
jest. Czytanie opowiadania tytułowego,
jak już mówiłam bardzo polecam, a pozostałe trzy to już dobry "umilacz
czasu", ale żaden wielki czytelniczy obowiązek.
Na początku wspomniałam, że Rytuał
odnalazłam po obejrzeniu adaptacji. Jak wypada ona w porównaniu z książką. Po pierwsze
On
- Drakon to nie adaptacja, a jedynie bardzo umowna inspiracja wątki, nawet
te główne zostały dość mocno zmienione, a w centrum wydarzeń staje Miroslava (Juta
widać nie pasowało filmowcom na imię dla głównej bohaterki), którą niestety
sprowadzono do pięknej i nie najmądrzejszej księżniczki. Rytuał odprawiają
ludzie(ignorancja), a nie Smoki. Jedyna postać z jaką sie nie kłócę po
przeczytaniu książki to Arm- Ann, pojęcia nie mam kto wybierał odtwórcę tej
roli. W zasadzie książkę trudno odnaleźć
w fabule filmu. Obejrzenie go nie zepsuje przyjemności z czytania. Myślę, że to nie najgorsza opcja
na spędzenie wieczoru. Mimo, że w porównaniu z książką wypada blado, to
stworzona historia jest spójna, wciąga, ma klimat i odbiega od romansów, do
jakich przyzwyczaili nas filmowcy. A muzyka to coś pięknego. O ile nie będzie
się widz spodziewał arcydzieła światowej kinematografii, powinien z
przyjemnością obejrzeć.
Po więcej informacji o filmie
zapraszam TU.
Muzyka z filmu do posłuchania TU.
Pozdrawiam
Ania-
Księganna

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz