Cieplarnia z wojną w tle
Temat
wojny ciągle wzbudza w Polsce kontrowersje. Z jednej strony nie chcemy już żyć
w cieniu tamtych wydarzeń, ale z drugiej wiemy, że do naszych obowiązków należy
przeciwdziałanie fałszowi i przekłamywaniu historii. Jednocześnie chcemy i nie
chcemy zapomnieć. Obecnie mierzymy się z trudnością polegającą na tym, że
ostatni naoczni świadkowie wojny powoli umierają. Co stanie się kiedy ich
zabraknie? Nie umiemy odpowiedzieć na to pytanie, ale staramy się uwiecznić i
oddać ile można i póki można. Ku przestrodze, czy z innych powodów literatura
polska ciągle wzbogaca się o nowe publikacje, które mają pokaźne grono
odbiorców. Nasze podejście do historii jest specyficzne i niejednokrotnie pokazujemy nim niezbyt mądre
przekonanie, że wojna we wspomnieniach powinna mieć tylko twarz rysowaną z
perspektywy Polaka. Zgubne, ale wytłumaczalne i poniekąd uzasadnione,
szczególnie, jeśli czyta się książki napisane w tonie Dzienników z lat wojny 1939- 1945, stworzonych przez Astrid Lindgren.
Zakładam,
pewnie ze sporą dozą racji, że nikomu, kto lubi książki nie muszę tej pani
przedstawiać, Dzieci z Bullerbyn, czy seria z Pipi to książki, które towarzyszyły już wielu dzieciom i przez wiele z nich zostaną pokochane. Zastanawiacie się
czy ta sama autorka była w stanie opisać realia wojny w sposób wnoszący coś
nowego? Myślę, że tak, ale nie są to na pewno aspekty, o których się myśli
sięgając po literaturę wojenną.
Dzienniki
rozpoczynają się pierwszego dnia września, czyli równo z wojną. Astrid
zastanawia się jak będzie wyglądał świat, zdaje się bowiem przeczuwać, że na Polsce się nie skończy, W kolejnych dniach
jej codzienne gromadzenie zapasów przepalają doniesienia z frontu. Tak będzie
aż do końca dzienników.
Ważnym dla odbioru tej
książki jest miejsce zamieszkania autorki. Szwedzi w zasadzie nie brali udziału w wojnie. O ile nie
można powiedzieć, że II wojna światowa nie odbiła się na życiu w Szwecji, o tyle utrudnienia w
zasadzie nie zaburzyły codziennego życia mieszkańców. Dziennik wojenny pisany z takiej perspektywy jest raczej pewnego
rodzaju komentarzem do wojny niż relacjonowaniem jakie są, bądź nie są jej
realia. Sama Lindgren zdaje sobie z tego
sprawę pisząc:
I stało się dla mnie całkowicie jasne, że obecnie nie ma w Europie kraju, gdzie człowiek jest tak oddalony od skutków wojny jak tu, mimo znacznych podwyżek cen, racjonowania i zwiększonego bezrobocia. Żyjemy tu ciągle bardziej niż luksusowo, zdaniem cudzoziemców. Nasze przydziały wszelkich artykułów są, uważam, tak obfite, że człowiek właściwie byłby zrujnowany, gdyby wykupił wszystko, do czego jest uprawniony![1]
Podczas
całej lektury nie do końca wiedziałam co myśleć o tej książce. Podziwiałam, że matka wychowująca dzieci i
aktywna wśród znajomych ma jeszcze chęć do tak dokładnego śledzenia przebiegu
wojny. Odnoszę jednak wrażenie, że przy czających się z tyłu głowy obawach o
rodzinę, bezpieczeństwo dzieci i ewentualne braki żywności pisanie dzienników było dla Astrid Lindgren
pewną formą feminizmu, pokazania, że kobieta również może być komentatorem dziejów i chce nim być.
Wyraźnie widać, że tworzenie dziennika jest oderwane od życia rodzinnego i
następuje tak, aby jedno na drugie nie nachodziło.
Z
czasem wzmianki o tym co dzieje się w rodzinie stają się coraz częstsze, a
wyrażanie żalu, że w innych państwach nie jest choć trochę podobnie jak w Szwecji,
ponieważ do Lidgren docierają informacje o masowych mordach, obozach,
przymieraniu głodem, pojawia się prawie przy każdym opisie świąt, urodzin etc.
Ma to, być może, pokazywać, że autorka wie o swoim (z braku lepszego słowa) uprzywilejowaniu,
ale wychodzi nieszczere kiedy kilka stron później narzeka na to, że jedzenia w
sumie nie brakuje, ale racjonowanie masła i kawy jest coraz bardziej uciążliwe.
Pełne
współczucia przemyślenia, stają się dla Astrid pewnego rodzaju makabrycznym
hobby. Wkleja do dziennika wycinki prasowe, komentuje przemówienia, stara się
nawet żartować z Hitlera i Stalina. Praktycznie wszystkie nowe wydarzenia z
frontu powiązane są ze stwierdzeniem filozoficznym zabarwionym żalem. Żałuje
sie albo konkretnego narodu, albo ogółu.
Biedna ludzkość: kiedy czytam twoje listy, zdumiewa mnie, jak wiele chorób i nędzy, smutku, bezrobocia, braku pieniędzy i rozpaczy mieści się na tej mizernej kuli ziemskiej.[2]
Wszelkie
fakty wojenne, które wskazują na działania zachowawcze i asekuracyjne względem
III Rzeszy komentowane są w jeden sposób- Lindgren uważa, że po prostu nie
mieli wyboru i świat powinien o tym wiedzieć.
Mam
ewidentny problem z tą książką.
Jest ważna, bo pokazuje
jak może wyglądać narracja wojenna,
nawet osób podczas niej żyjących, ba, mających dostęp do listów pełnych
makabrycznych relacji. Po jej
przeczytaniu nie dziwi mnie ignorancja niektórych mediów, historyków, czy braki
wiedzy zwykłych obywateli.
Jestem to jednak w stanie dostrzec tylko dlatego, że czytałam wcześniej książki Krall, Nałkowskiej, Kamińskiego i
wielu, wielu innych (w tym także poetów). Miałam także okazję rozmawiać z
osobami, które wspomnienia wojenne maja żywe do dziś. Co jednak z osobami,
które tego porównania nie mają? Czego mogę dowiedzieć się z książki takiej jak
ta?
Dobrze,
jeżeli zainspiruje ich ona do sięgania po więcej, głębiej. Dzienniki z lat
wojny to jedynie dowód, że w czasie wojny na świecie były miejsca, w których
pomimo zdawania sobie z niej sprawy
prowadzono normalne życie.
Komu polecam? Fanom Astrid Lindgren na pewno. Ludziom,
którzy chcą na wojnę patrzeć z różnych perspektyw. Obawiam się, że kupienie
książki ze względu na tytuł może pociągnąć za sobą spore rozczarowanie. Książka
bowiem nie jest tym, za co można by ją mieć, pamiętając o innych, określanych
jako "wojenne". Mimo wszystko uważam ją za relatywnie dobrą, wartą
poświęconego czasu. Po pierwsze ze względu
na perspektywę patrzenia, do której my Polacy jesteśmy, delikatnie mówiąc,
nienawykli, a po drugie, żeby pokazać, że nawet najbardziej znane nazwisko w
połączeniu ze słowem "dzienniki" nie równa się bestseller.
Pozdrawiam
Ania- Księganna

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz