poniedziałek, 28 marca 2016

Dorota Schrammek: Horyzonty uczuć

 Mierząc odległość
Czasem sięgając po jakąś powieść nie spodziewam się za wiele. Uprzedzam się patrząc na okładkę, czytając opis, a nawet przez brzmienie tytułu. Najprościej mówiąc powieści obyczajowe czytam nieczęsto z obawy przed schematycznością i klimatem zaczerpniętym prosto z "Mody na sukces". Kiedy pojawiła się możliwość przeczytania Horyzontów uczuć uznałam, że branie ich do recenzji nie jest najlepszym pomysłem. Skoro zazwyczaj unikam takich książek jak miałabym się obiektywnie wypowiedzieć. Niemniej zdecydowałam się. Nie wiem co mną kierowało, to teraz nie ma już znaczenia. Ważniejsze jest to, jak bardzo książka przypadła mi do gustu. Najpierw jednak poświęcę chwilę i postaram się przybliżyć fabułę (bez strachu: spoilerów nie będzie). W tym miejscu przestrzegam przed czytaniem opisów z okładki, szczególnie tego na tylnym "skrzydełku". Niebezpiecznie ociera się o zaspoilowanie niemal całej akcji.

Na kartach powieści śledzimy losy kilku kobiet w różnym wieku. Matylda, Iwona, Zoja, Aldona, Dorota. Każda z życiorysem pełnym wydarzeń, o których wolałby zapomnieć, a jest to niemożliwe chociażby ze względu na rodzinę. Śledzimy losy kobiet stawianych ciągle przed koniecznością podejmowania decyzji, które nie są ani miłe, ani łatwe, ale to nie zmienia faktu, że będą konieczne, aby bohaterki nauczyły się dbać również o siebie. Co ciekawe autorka nie skupia się tylko na kobietach. Wśród bohaterów umieszcza również Ryszarda, opiekującego się Antosiem, Roberta - męża Iwony oraz Piotra, który jest synem Matyldy. 
Splot wydarzeń doprowadza bohaterów do pojawienia się w Pobierowie, gdzie Matylda łączy prowadzenie pensjonatu z funkcją sołtysa. Razem z nią obserwujemy gości pensjonatu i zastanawiamy się jak pomóc w rozwiązaniu dręczących ich problemów.

Autorce udaje się stworzyć ciepłą opowieść o relacjach rodzinnych. Kładzie duży nacisk na rolę, jaką w życiu człowieka odgrywa rozmowa i zaufanie. W prostych słowach mówi o tym co najważniejsze, unikając w ten sposób zbędnej patetyczności i wzniosłości. Kreowani przez nią bohaterowie to ludzie, wśród których łatwo się odnajdziemy, których zrozumiemy. Ponadto widać, że zna od podszewki dynamikę wiejskiego życia i potrafi ją przenieść na karty powieści. Przykładem jest zachowanie Jagusiakowej - jednej z bohaterek pobocznych, której zdawałoby się siostry bliźniaczki można ciągle spotkać na polskich wsiach. Najprościej byłoby ją nazwać "moherowym beretem", kobietą przekonaną, że o wierze i zasadach moralnych wie więcej niż Bóg, w którego, jak utrzymuje, wierzy. Z początku trudno nie oburzać się na jej zachowanie, ale i w jej przypadku jesteśmy sprowadzani na ziemię z góry stereotypów. Jak kończą się losy bohaterów, których jedne wakacje złączyły w grupę zależnych od siebie osób? Tego oczywiście nie zdradzę. Powiem natomiast, że książkę polecam serdecznie. Nie jest ciężka, skomplikowana, a skończenie jej w jeden wieczór nie powinno stanowić większego problemu. Czytelnik za poświęcony czas dostaje w zamian przeświadczenie o miło spędzonych godzinach.

Oczywiście nie mogę powiedzieć, że książka jest w pełni bez wad. To dalej pozostaje powieść obyczajowa, od której nie można wymagać skomplikowanej fabuły, wielkich zaskoczeń. Po prostu ich tam nie ma, ale nie uważam tego za wielki minus powieści. Owszem dość szybko jesteśmy w stanie przewidzieć niektóre wątki, jednak dzięki "smaczkom" wplecionym w fabułę czytelnik nie odczuwa permanentnej irytacji. Warto zaryzykować, nawet jeśli tak,  jak ja zazwyczaj obchodzicie obyczajówki szerokim łukiem.

Jeśli o mnie chodzi ucieszyłam się czytając historię pełną przekonania, że dobro i życzliwość to nie tylko utopia. One są możliwe i w ogólnym rozrachunku opłacalne. Co najważniejsze wcale nie trzeba się po nie wybierać na drugi koniec świata, ponieważ cytując autorkę "prawdziwa pielgrzymka liczy sobie czterdzieści centymetrów. Tyle dzieli serce od rozumu." Myślę, że "Horyzonty uczuć" warto przeczytać by sobie to uświadomić, a także sprawdzić na jakim etapie tej podróży jesteśmy my sami. Może się przecież okazać, że jeszcze nawet nie ruszyliśmy w drogę.

Polecam!

Recenzja napisana we współpracy z E- Magazynem HORYZONT

Za książkę dziękuję autorce!
Po więcej informacji o Dorocie Schrammek zajrzyj na jej profil na Facebooku!

Pozdrawiam
Ania - Księganna

Marina Nemat: Uwięziona w Teheranie



 Granica odwagi
"- Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałaś?- spytał, przeczytawszy wreszcie mój tekst.
Byliśmy wówczas małżeństwem od siedemnastu lat.
- Próbowałam, ale nie mogłam... wybaczysz mi?- powiedziałam
- Nie mam czego. Ale czy TY wybaczysz MI?
- Co miałabym ci wybaczyć?
-To, że nigdy nie spytałem."


Dialogów jak ten i podobnych literatura faktu, wspomnieniowa zna wiele. I w takich książkach są one najbardziej poruszające. Wiemy bowiem, jako czytelnicy, że to o czym będziemy za  chwilę czytać nie ma w sobie nic z fikcji literackiej. Sięgając po literaturę opartą na faktach wiemy, że mówiąc oględnie "nie zwykła brać jeńców". Każda strona może kryć opisy, jakie trudno nam będzie uznać za prawdziwe, a jednak ciągle mamy świadomość, że takie właśnie są. Po co zatem  powstają takie książki? Odkupienie? Przestroga? A może coś jeszcze innego?

Na Uwięzioną w Teheranie autorstwa Mariny Nemat natrafiłam kila lat temu w  wiejskiej bibliotece. Wzięłam spodziewając się czegoś w stylu Historii pisanych przez życie - wielotomowej serii wydawanej przez Hachette. Miało zagrać na emocjach, chwilę potrzymać, a potem puścić. Nie przypuszczałam, że będzie to książka, którą pokocham tak bardzo, że będę notorycznie płacić  za przetrzymywanie jej w domu i snuć plany podprowadzenia jej stamtąd pod pretekstem zgubienia, pożarcia przez psa (względnie kosmitów). Przed wprowadzeniem tych zamierzeń w życie  chroniła mnie tylko świadomość, że jeśli ja oddam przeczytają ją też inni, na czym mi bardzo zależało. Ostatecznie naturę złodzieja poskromiłam w tym roku zyskując wreszcie własny egzemplarz.

Jeśli ktoś choć trochę śledzi polski rynek wydawniczy, wie, że wspomnień z krajów w których dominująca religią jest islam pojawia się coraz więcej. To trudny temat, odmienna kultura, zwyczaje, hierarcha społeczna.  Nakładając rozwijające się na świecie obecnie niepokoje trudno dziwić popularności tej tematyki. Mechanizm jest prosty "Poznaj wroga zanim przyjdzie ci się z nim mierzyć". Pozostaje pytanie: czym książka Nemat wyróżnia się na tle pozostałych  z tego gatunku?  Choć pozornie skupia się na cierpieniu usuwa je z centrum zainteresowania na rzecz człowieczeństwa i jego ratowania za pomocą relacji. Jednak po kolei.

Fabuła książki rozpoczyna się po kilkunastu latach od wydarzeń będących epicentrum. Marina z mężem i dwoma synami mieszka w  Toronto, myśląc, że wreszcie ułożyła sobie spokojnie życie, którym będzie się mogła tylko cieszyć. Wtedy przestaje sypiać, zmagając się wieczorami z zalewającymi ją wspomnieniami  Evin- najsłynniejszego( bynajmniej nie z pozytywnych względów) więzienia politycznego w Iranie, które istnieje po dziś dzień.  Ma świadomość, że nie może ciągle uciekać od przeszłości, a choć nie pisze o tym wprost wydaje się zdeterminowana by w końcu jakoś opowiedzieć o tym co przeszła. Decyduje się to zapisać, a ukończony rękopis daje do przeczytania mężowi. To wtedy następuje cytowany z początku dialog.

Marina Nemat zostaje aresztowana 15 stycznia 1982 roku, mając szesnaście lat. Dlaczego? Z powodu swojej nauczycielki, której ośmiela się zwróć uwagę, że lekcja matematyki to niekoniecznie miejsce na wykład prorządowy.  Czytając kolejne rozdziały, w których wydarzenia z Evin przeplatają się z wspomnieniami dziewczyny zaczynamy dostrzegać, że to wyłącznie wierzchołek góry lodowej  tworzącej się od wczesnych lat dziecięcych. Co istotne Marna żadnej swoje działalności sprzed Evin nie rozpatruje pod względem rewolucji czy sprzeciwu wobec frakcji rządzącej. Robi i mówi to, co uważa za słuszne, zgodne z prawdą. Ta momentami naiwna szczerość niejednokrotnie wpędzi ją w kłopoty, ale i z nich wyciągnie, dając siłę do mierzenia z zastaną rzeczywistością wiezienia, gdzie o wiele zdrowiej jest zapomnieć, że miało się życie poza murami.

Na kartach tej książki, razem z bohaterką stawiamy sobie pytania o honor, odwagę i o to, czyje życie wolno  nam narazić w imię własnych przekonań. Zastanawiamy się nad różnicą między  działaniem w imię poświęcenia, a działaniem ze strachu. A co najważniejsze staramy się zrozumieć ludzi zdolnych jednoczenie do kochania jednych i krzywdzenia innych.

Właśnie niejednoznaczność jest siłą tych wspomnień. Wraz z biegiem wydarzeń zaczyna zacierać się granica między tymi "dobrymi", a tymi "złymi"- czytelnik tak samo jak Marina zaczyna się w tym gubić. I dobrze. Jeśli ta książka czegoś uczy to właśnie obala mit kontrastu między czarnym i białym. Ludzie nie są tylko źli, lub tylko dobrzy. Siła to natomiast nie tylko broń i pozycja w hierarchii.

To jedna z niewielu książek tak dobitnie pokazujących, że siłą człowieka może być dobro jakie okazuje innym, a także jego zdolność do kochania. Myślę, że już samo to powinno zachęcić do zwrócenia na nią uwagi.
   
Od strony technicznej jest  bardzo dobrze. Książka  jest w twardej oprawie i posiada obwolutę. 334 strony tekstu wydrukowano przejrzyście na kremowym papierze co znacząco ułatwia czytanie. Błędów redaktorskich nie dostrzegłam żadnych, a jak mówię czytałam ją tyle razy, że mało prawdopodobne bym coś przeoczyła. Moim zdaniem ozdoba biblioteczki.

Z całego powyższego tekstu czytelnik mógł się już domyślić, że polecę tę książkę. I robię to, ale dodam jeszcze może, że osoby, które zazwyczaj nie sięgają za tego typu literaturę namawiam, aby dla tej jednej książki zrobiły wyjątek. Satysfakcja gwarantowana.

Pozdrawiam
Ania- Księganna

Katarzyna Zyskowska -Ignaciak: Ty jesteś moje imię


Kochaj mnie dziś, bo jutra nie mogę Ci obiecać.

A serca - tak ich mało, a usta - tyle ich./My sami - tacy mali, krok jeszcze - przejdziem w mit./My sami - takie chmurki u skrzyżowania dróg- pisze w wierszu "Ten czas" Krzysztof Kamil Baczyński. Jest rok 1942, wkoło szaleje wojenna zawierucha, zabierając ze sobą miliony istnień ludzkich.  Wydawać by się mogło, że życie w takich warunkach to tylko ciągły, narastający strach. To jednak tylko część prawdy, gdyż pomimo lęku codzienność dalej ma miejsce, mijają dni, święta, urodziny, a człowiek powoli adaptuje się do nowej rzeczywistości. Budzi się i ma do wyboru: poddać się lub walczyć. Zdaje sobie sprawę, że właśnie ten wybór zaważy na jego dalszym życiu, bo nawet jeśli ma przeminąć to jeszcze nie teraz, nie w tej chwili. My, którzy wojnę kojarzymy tylko z opowieści często zapominamy, że gdy ona trwa ludzie nie tylko giną. Oni się także rodzą, uśmiechają, przyjaźnią, spotkają, kochają. Żeby sobie to uświadomić warto przeczytać książkę Katarzyny Zyskowskiej - Ignaciak "Ty jesteś moje imię", będącą opowieścią o uczuciu jakie zrodziło się między Krzysztofem Kamilem Baczyńskim, a Barbarą Drapczyńską.

Poświęćmy chwilę fabule. Basia  zmierza na tajne zajęcia z logiki matematycznej. Już pod miejscem zbiórki zaczepia ją Tadeusz znajomy z  kompletów, od którego wcześniej otrzymała kilka wierszy nieznanego jej poety. Spodobały jej się tak bardzo, że gdy słyszy od Tadeusza, że tego dnia Krzysztof, czy " Krzyś", jak nazywa go przyjaciel również się pojawi na wykładzie jest niezwykle podekscytowana. Zastanawia się czy wyobrażenia, jakie miała o poecie pokryją się z rzeczywistością. W momencie spotkania, zadnie z nich nie przypuszcza, że ta chwila  na zawsze odmieni ich losy. Nagłe uczucie jakim się obdarzają, choć dla nich samych ostateczne i niepodważalne wywoła niemałe zamieszanie. Młodym przyjdzie pokonywać wspólnie nie tylko trudy wojny, ale także niechęć matki Krzysztofa, która związek syna zacznie postrzegać jako własną porażkę i stratę.

Historia ukazywana jest czytelnikowi w dwojaki sposób. W czasie niejako teraźniejszym obserwujemy Basię starającą się przetrwać z rodzicami  Powstanie Warszawskie i rozpaczliwe próbującą się dowiedzieć czegoś o losach Krzysia, o którym  wie jedynie, że walczy gdzieś na ulicach. Oczekiwanie skraca sobie wspomnieniami o ich wspólnych chwilach, które stanowią większą część opowieści. To właśnie we wspomnieniach Basi obserwujemy  codzienne życie warszawy, które jest związane z walka nie tylko zbrojną.
Rodząca się miłość jest opisana tak  subtelnym i wyważonym językiem, że czytelnik momentami zapomina zarówno o warunkach w jakich ono rozkwita, jak również zakończeniu jakie większość z nas pamięta z języka polskiego bądź jakiego może się domyślać. Zaczynamy kibicować bohaterom z całego serca rozumiejąc, że już sama wojna to o wiele za dużo dla młodych zakochanych ludzi. Chcemy wierzyć w istnienie dla nich ratunku. I pewnie, dzieje sie to wbrew zdrowemu rozsądkowi i jakiejkolwiek logice, ale nawet sama autorka buduje opowieść tak, by podsycać te czytelnicze nadzieje. Cała konstrukcja powieści powoduje, że nawet jeśli znamy fakty jesteśmy wielokrotnie zaskakiwani.

Istotnym elementem fabuły są wiersze poety, które cytowane w teście dokładają emocji i znacząco pogłębiają  zawarty w nim przekaz. Autorka udowadnia, że do zadania podchodzi z należyta uwagą i ostrożnością. Czerpie z napisanych przez poetę liryków, ale jednocześnie unika nadinterpretacji. Nie tworzy bohaterów  pozostających w rozdźwięku ze swoimi historycznymi pierwowzorami, a jedynie uszczegóławia opis zdarzeń, osób, reakcji.  Sprawia, że czytając nie mamy najmniejszego problemu z uwierzeniem w jej wersję wydarzeń.
                
Powieść Katarzyny Zyskowskiej -Ignaciak to dobry sposób na zaznajomienie się z historią naszego narodu w sposób zgoła odmienny niż ten, który znamy z lekcji  w szkole.  Fakty pozostają faktami, a jednak podane  w formie powieści sprawiają, że czytelnik utożsamia się z bohaterami i zapamiętuje więcej niż dyby przedstawić to samo za pomocą dat i  suchych danych. Basia i Krzysztof borykają się bowiem nie tylko z wojną, ale trudnościami jakie nawet młody czytelnik będzie w stanie zrozumieć o ile choć raz był zakochany.  Powieść tego typu wydaje się sposobem na zaciekawienie czytelników historią i pokazanie, że o dziejach narodu da się mówić bez zbędnego napuszenia i patosu.  Wystarczy ją ukazać w losach osób, z którymi czytelnik będzie mógł się utożsamić, których dylematy zrozumie. Jednocześnie, co myślę warto podkreślić, to nie jest romans jakich wiele. Autorce udało się uniknąć niebezpieczeństwa stworzenia rozlazłego "romansidła" z przewidywalnym zakończeniem. I dobrze ponieważ fani poety nigdy by jej tego nie wybaczyli.
                
Od strony  technicznej książka prezentuje się  bardzo dobrze.  Licząca sobie 423 strony powieść jest wydrukowana na  grubszym papierze, okładka zaopatrzona w skrzydełka nie ściera, ani nie łamie podczas czytania.  Grzbiet też się nie łamie można zatem śmiało otwierać książkę i wygodnie czytać.  Brawo dla wydawnictwa "FILIA".
                 
Czy polecam? Zdecydowanie i to nie tylko tym, którzy nie znają historii miłości Barbary i Krzysztofa. Nawet jeśli zdaje Ci się, że książka nie może Cię zaskoczyć sięgnij po nią. To książka, którą trudno odłożyć i o której trudno zapomnieć.  

Pozdrawiam
Ania- Księganna